Graciarstwo część 2. – Gratspotting, czyli fotografowanie gratów sposobem na fajne hobby

Kiedyś natrafiłem na idealny opis carspottingu: to jest coś jak Pokemon Go – szwendasz się po okolicy i wyłapujesz co ciekawsze okazy, potem się nimi chwalisz. Jako, że rok 2017 minął już dawno temu to niektórzy zdążyli zapomnieć o tej grze z Pokemonami, za to idea fotografowania losowo napotkanych samochodów nadal ma się dobrze. Gratspotting to to samo, tylko fotografuje się graty.

Powrzucam jak ostatnim razem zbiory ze swojego archiwum, żebyście się wczuli w klimat.

Krótka piłka: jeśli masz w sobie duszę graciarza to gratspotting jest idealnym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Cała zabawa polega na szukaniu ciekawych samochodów w stanie innym niż idealny i to tyle. Możesz to robić z kumplami, albo w pojedynkę, chodząc na piechotę, podróżując rowerem, samochodem, pociągiem, autobusem, czy skuterkiem, wszystko jedno, do wyboru do koloru. A potem możesz chwalić się znaleziskami z innymi gratspotterami albo po prostu założyć archiwum i kisić je dla siebie, aby je po latach wykorzystać w jakiś konstruktywny sposób.

A kiedyś był szczytem marzeń wraz z telewizorem i meblami…
…a ten był nawet poza ich zasięgiem.

Ja sam od lat uprawiam ten sport zarówno w pojedynkę, jak i w towarzystwie znajomych – jest to o tyle fajne, że gdy spotka się na swojej drodze świrów o tego typu zainteresowaniu to taka zabawa bardzo fajnie służy integracji międzyludzkiej, w dodatku każda taka graciarska eskapada może zakończyć się spontanicznym zakupem jakiegoś grata. Potwierdzą to zarówno weterani uprawiający ten sport od ponad dwóch dekad jak i młodsi zapaleńcy robiący to od dopiero kilku lat. Udało mi się w życiu kilka razy wziąć udział w zakupie różnych wynalazków, a raz nawet stałem się współwłaścicielem jednego malucha wyrwanego z jednej wioski spod Łukowa: zajeżdżony trup ze zmęczonym silnikiem i znikomymi ilościami podłogi, ale za to jakie wspomnienia!

W samym sercu jednego z powiatowych miast tuż przy pętli PKS
Oryginalne japońskie Alto, nie żadne Maruti!

Najlepszy okres do focenia gratów to jesień i przedwiośnie, ewentualnie zima jeśli nie ma zbyt dużo śniegu, lato nadaje się tylko do łowienia jeżdżących okazów. Cała sprawa rozbija się o zieleń: w zimniejszych porach roku wszystkie takie rarytasy są widoczne jak na dłoni, by wiosną zniknąć w gąszczach liści. Zresztą jeszcze do niedawna najlepszą okazją do łowów były okolice 1 listopada.

A propos 1 listopada…
Kiedyś podstawowe narzędzie do wożenia kwiatów i zniczy na handelek.

Dlaczego akurat wtedy? Ano dlatego, że okolice Święta Wszystkich Świętych to dla wielu starszych osób był jedyny moment w roku kiedy uruchamiali swoje auta i jeździli na cmentarze zadbać o groby najbliższych. To, co się działo wtedy w okolicach nekropolii to było istne graciarskie El Dorado. Niestety po traumatycznym roku 2020 to się zmieniło i spotkać rarytasy na cmentarzach jest już trudniej: niektórzy zostali skutecznie odstraszeni od wychodzenia z domu między ludzi, a inni po prostu znaleźli się po drugiej stronie cmentarnego muru…

Zdecydowanie nie zasługuje na miano grata, ale te tablice dodają jej graciarskiego uroku.
Lata wrastania sprawiły, że jest w troszeczkę gorszym stanie niż jak był nowy z fabryki.

W okresie pandemii zresztą dowiedziałem się o dość ciekawej odmianie gratspottingu. Siedzenie w domu i przeglądanie google streetview. No jest to jakiś sposób na łowienie gratów, szukasz aut po wirtualnej okolicy i wrzucasz co ciekawsze kąski w formie zrzutów ekranu, przy czym teraz jak znowu możemy chodzić po świecie bez większych ograniczeń i obostrzeń to polecam jednak ruszyć się z domu, i tak wszyscy już za długo siedzimy przed komputerami zamiast korzystać ze świata zewnętrznego. Gapienie się w monitor to żadna przygoda i nie ma szans na to, żeby na google streetview spotkać właściciela danego grata, zagadać z nim i ewentualnie owego grata odkupić.

Jeden z najsłynniejszych warszawskich wrostów.
Z tym wozem wiąże się niezbyt fajna historia… może kiedyś zostanie ona tutaj spisana.
Tylko tyle z niej zostało po dzikich latach 90.
Niemiecki książę – polecam historię producenta, czyli firmy NSU – silniki Wankla i designerskie DNA obecne do dziś w samochodach Audi (przy czym oczywiście nie z Prinza, tylko z Ro80)
A to już ruski brat tego powyżej. Z nieprawego łoża.

Także nie czekajcie ani chwili, bierzcie aparaty w dłoń i sio na dwór (na pole jeśli jesteście z Krakowa) w poszukiwaniu tych gratów! One same się nie znajdą, a poza tym kto wie, może znalezienie danego wozu będzie dla Was początkiem pięknej przygody z własnym ciekawym autem, ewentualnie początkiem znajomości z ciekawymi ludźmi, z którymi stworzycie zgraną graciarską ekipę!

Dość popularne muzeum motoryzacji na otwartym terenie – niby wstęp wolny, ale warto mieć pół litra dla strażników tego przybytku.
Tutaj oczywiście też byliśmy:D Ciekawe jak tam się pozmieniało – w końcu minęło już trochę czasu odkąd jeden jutuberzyna się rozpruł na temat tej miejscówy.
To zdjęcie ma jakieś 2-3 lata. Zrobione na działającym złomowisku.
Na koniec taki rydwan ludzi samotnych z samego serduszka Gdańska ( rzut beretem dalej mieści się budynek po Amber Gold, w którym jest Biedronka ze złotymi oknami, a kolejnych kilkaset metrów dalej jest już gdańska starówka).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *