Największą zaletą spontanicznych wypraw jest to, że można się bardzo pozytywnie zaskoczyć nie mając tego w planach. Korzystając z wolnego czasu postanowiliśmy razem z red. Fasolą pozwiedzać jakąś okolicę, w której nas dawno nie było: rozważaliśmy wyjechać w północne Mazowsze, ale w pewnym momencie padł pomysł wyjechania gdzieś dalej i w przeciwną stronę, a konkretnie do Lublina, co obu nam przypadło do gustu zwłaszcza, że teraz jedzie się tam przyjemniej niż kiedykolwiek dzięki trasie szybkiego ruchu S17.
Sama trasa to nic szczególnego zwłaszcza, że pojechaliśmy zwykłym plastikowym wozem do jazdy na co dzień zamiast wietrzyć youngtimery (niestety, wszystko popsute na ten moment), no może poza objeżdżaniem części trasy przez wioski z powodu aż trzech wypadków na esce – nawet w święto nasi kierowcy nie zawodzą i potrafią dać do wiwatu.
Dojechawszy na miejsce mieliśmy już konkretny plan zwiedzania miasta: jako że było już późniejsze popołudnie trzeba było je skondensować do kilku dokładnych etapów – w naszym przypadku były to pozostałości po dawnej FS Lublin, czyli producencie słynnych polskich dostawczaków Żuk i Lublin, przerwa na jakiś prowiant, obejrzenie starego miasta i górującego nad nim lubelskiego zamku, a na koniec wyprawa na Lubelskie Klasyki Nocą, na które dostaliśmy specjalne zaproszenie od jednego z organizatorów, z którym red. Fasola robił tamtego dnia interes na części i literaturę samochodową.
Fabryka już na etapie bramy wjazdowej obiecywała niezapomniane wrażenia – brak szlabanów czy wrót, cieciówka bez żywej duszy, za to zawalona śmieciami i stara nawierzchnia miejscami z kostki, miejscami z trylinki a miejscami z progami zwalniającymi na odcinkach, na których i tak jazda powyżej 15 km/h zakrawała o próbę zamordowania zawieszenia w aucie. Pomimo, że wszelka produkcja aut już tam zdążyła ustać po wielu walkach (że przypomnę tylko wątek Daewoo, Andorii-MOT, Intralla, DZT Tymińskich oraz Ursusa) to nadal tamte tereny tętnią życiem – wszelkiej maści biurowce, hale fabryczne czy magazyny znalazły nowych nabywców, czy najemców, dlatego nawet porządnego urbexu nie sposób tam wykonać – po prostu większość obiektów nadal jest w użyciu, zmieniło się jedynie ich przeznaczenie. Budynki opuszczone zaś mają swoich aniołów stróżów w postaci kamer, zresztą przez nieliczne szczeliny i wybite szyby widać wyraźnie, że nie ma za bardzo po co wchodzić, bo są to ruiny ogołocone ze wszelkiego wyposażenia.
Pamiątek po firmie FSC/FS Lublin nie zauważyliśmy, co innego Daewoo czy Ursusie – na jednej z opuszczonych hal nadal wiszą szyldy opisujące jej przeznaczenie z czasów koreańskich rządów na zakładzie, po najstarszej polskiej marce motoryzacyjnej zaś do dziś stoi pylon, na drzwiach wejściowych stojącego nieopodal biurowca wisi karteczka z charakterystycznym niedźwiadkiem i zębatką. Chciałbym też tutaj podkreślić jak duże wrażenie na nas wywarły wymiary całego terenu – pomimo zwiedzania całości zza szyby auta zeszło się nam dobrze ponad godzinę, żeby wszystko dokładnie objechać – kilka budynków wyglądających na biurowe, całe zatrzęsienie hal i magazynów, nie spodziewaliśmy się aż tak wiele po fabryce, która przez większość czasu oferowała tylko jeden produkt naraz w dodatku produkowany na stosunkowo niewielką skalę, bo w końcu ile wyszło Żuków przez prawie 40 lat? Albo Lublinów przez lat 20?
Po opuszczeniu tego niesamowitego obiektu i krótkiej przerwie na popas pojechaliśmy pod zamek. Już sam parking na podzamczu wyglądał smakowicie i nie mówię tutaj tylko o strefie płatnego parkowania działającej w tak ważnym punkcie turystycznym tylko w godzinach 8-18 od poniedziałku do piątku (fajnie ma Gdańsk, gdzie na całym terenie ruin Stoczni Gdańskiej jest strefa działająca 7 dni w tygodniu 24 godziny na dobę – wydacie majątek i urwiecie sobie wszystkie koła na najgorszej nawierzchni utwardzonej w Polsce – polecam), również park maszynowy był dla nas niezwykle satysfakcjonujący: o ile Mercedes 190 jest jeszcze normalnym widokiem w miastach z dala od stolicy, to Daihatsu Rocky, czy idealnie naturalna Mazda 323 serii BF już nie.
Samo stare miasto mocno nas urzekło mimo, ze nie jesteśmy wielkimi pasjonatami kilkusetletniej architektury, ale sam fakt, że to wszystko to są autentyki nie zniszczone w czasie wojny robi wrażenie. Przy głównych drogach ruch jak w każdym dużym obiekcie turystycznym w kraju, ale wystarczy odejść od wyznaczonych szlaków, żeby zaczęła dziać się magia. Nagle w ciasnych zaułkach człowiek czuje się niczym żywcem wciągnięty do starych czasów i widzi sceny, których nie sposób zobaczyć na co dzień…
Ale nie ma co stać i czekać, trzeba iść dalej, co również zrobiliśmy maszerując w stronę zamku – kolejne pozytywne zaskoczenie, bo dziedziniec budowli stał otworem dla wszystkich, nie tylko dla tych, którzy kupili bilety. Dzięki tablicom z informacją można się dowiedzieć co to za budynek, które jego elementy są najstarsze i jacy ludzie w nim przebywali (każdy, kto uważał na lekcjach historii, będzie kojarzył te wszystkie nazwiska), a pod starą romańską wieżą stał kolejny rarytas, którego się nie spodziewaliśmy, a który nas oczarował. Ni z gruchy ni z pietruchy ktoś postanowił tam ustawić szklaną gablotę, a w niej oryginalnego przedwojennego Polskiego Fiata 508 w wersji Łazik, czyli terenowej wyprodukowanej na potrzeby wojska. Nasze graciarskie dusze były uradowane na ten widok zwłaszcza, że ów eksponat nie został zrobiony na przysłowiową perełkę.
No, ale wieczór zbliżał się wielkimi krokami, więc zakończywszy rekonesans w najstarszej i najsłynniejszej części stolicy Lubelszczyzny pojechaliśmy pod Arenę Lublin – miejsce spotkań Lubelskich Klasyków. Objechawszy cały parking pod rzeczoną areną zauważyliśmy, że nie tylko właściciele klasycznych aut organizują sobie tam regularne spotkania: najpierw przejechaliśmy obok dużej grupy motocyklistów, potem minęliśmy ekipę fanów tuningu i ich tłuste projekty na szerokiej feli i glebie, a od nich do naszego celu dzielił nas już tylko zlot Multipli. Tak, dobrze czytacie, to nie jest pomyłka: widzieliśmy tam zlot Fiatów Multipla. Ja oczywiście rozumiem, że samochody te przez swoją nietypowość muszą stać się autami kultowymi z rzeszą fanów, ale i tak dla nas widok ten był co najmniej surrealistyczny…
Organizatorzy widząc czym przyjechaliśmy nie widzieli najmniejszego problemu, żeby nas wpuścić na teren zlotu. Wszak latka lecą, więc i nasz dość współczesny wynalazek może już pojawiać się na takich imprezach (w końcu jego najstarsze rodzeństwo zdążyło już przekroczyć trzydziestkę). Nie było to jedyne auto z lat 90., ale zanim przejdę do opisu napotkanych aut muszę jeden akapit poświęcić ludziom i atmosferze.
Atmosfera jest dużo czystsza i przyjemniejsza niż na zlotach warszawskich. Zupełnie inni ludzie, zupełnie inna mentalność: udało nam się na wjeździe i wyjeździe uciąć miłą pogawędkę z organizatorami na temat organizacji tych imprez, różnic pomiędzy zlotami w różnych częściach kraju, czy o samochodach w końcu. Opowiedzieli nam oni jak tam w Lublinie jest fajna współpraca pomiędzy miłośnikami różnych motoryzacyjnych stylów życia: motocykliści, tuningowcy, prestiżowcy i fani klasyków razem robią sobie imprezy na jednym parkingu, każdy się trzyma swojego sektora, każdy może sobie do każdego podejść i jest w porządku – to jest coś, czego nigdy w Warszawie nie widziałem, a działa wspaniale, brzmi to jak utopia, a jednak faktycznie funkcjonuje. Nie brakuje oczywiście, nie boję się użyć tych słów, debili i idiotów pozbawionych mózgów, którzy w swoich pustych łbach mają tylko upalanie i hałas nie zważając na to, że mogą kogoś potrącić, albo ogłuszyć, ale na szczęście na przestrzeni lat ich zachowania udało się mocno ukrócić różnymi patentami bez potrzeby wzywania policji. Co do właścicieli klasyków i youngtimerów tutaj, podobnie jak w przypadku organizatorów, również pozytywne zaskoczenie: każdy chętnie rozmawia o swoim aucie, potrafi coś o nim opowiedzieć, dzieli się wiedzą, doświadczeniami i spostrzeżeniami bez niepotrzebnej spiny. Obaj daliśmy się wciągnąć w ciekawe rozmowy i wymiany doświadczeń z jazdy konkretnymi autami. Nie powiem, w Warszawie też da się na takich trafić, tylko to już zazwyczaj nasi dobrzy znajomi, z resztą bywa różnie.
W końcu czas na auta: nie ma podziału na marki, czy kraje pochodzenia, każdy może sobie parkować gdzie chce, więc jest eklektycznie, Toyota Camry obok Żuka, czy Fiat 125p między Mercedesami nikogo nie mierzi, a same wozy zaskakują: mamy więc VW Garbusa, ale nie byle jakiego meksykańca, tylko 1956 rocznik z małą owalną tylną szybą, od której potocznie nazywa się go Ovalem, mamy Żuka przerobionego na napęd 6×6, Buicka Rivierę z tzw. boattailem, czyli tyłem wyglądającym jak kadłub łodzi, Pontiaca Fiero, czyli małe amerykańskie coupe często używane do robienia replik różnych supersamochodów, oczywiście jest też zestaw obowiązkowy, czyli maluchy, Polonezy, czy Mercedesy W124, ale spotkaliśmy też pojazdy mniej oczywiste jak np.: Opel Rekord z błotnikiem wyglądającym na ulepiony z czarnych tablic rejestracyjnych, czy Toyota Carina serii A12, coś czego nigdy wcześniej nie widzieliśmy na oczy nawet na Kanjo Night, czyli imprezie robionej konkretnie pod auta japońskie. Ogólnie każdy tu mógł znaleźć coś dla siebie – moje serce zabiło najmocniej zdecydowanie na widok idealnie zachowanych polskich staruszków to jest Syreny 104 i Dużego Fiata pierwszej serii. Zaintrygował mnie z kolei Golf serii trzeciej, który nie dość, że uchował się w oryginale to jeszcze na czarnych tablicach, co do Golfów dwójek to… nie widziałem wśród youngtimerów ani jednego – to pierwszy taki zlot od bardzo dawna, na którym nie zauważyłem ani jednego przedstawiciela tego modelu. Dobra, czas na większą porcję zdjęć:
Podsumowując: nie czekajcie na nic tylko grzejcie do Lublina, nie zawiedziecie się. Zarówno miasto jak i imprezy w nim się odbywające są tego warte. My tutaj wrócimy jeszcze nieraz, to pewne, w końcu trzeba się pokazać czymś bardziej przystającym do charakteru imprezy, a i lubelskie osiedla czekają na spenetrowanie pod kątem gratów i wrostów. Organizatorzy, nie wpuszczajcie youtuberów.
W artykule napisane jest że na LKN nie było ani jednej dwójki. Nawet na zdjeciu czarnego golfa 3 na glebie obok stoi brązowe mk2 i to ładnie zrobione 😀
W artykule napisane jest że na LKN nie było ani jednej „dwójku” na zdjeciu obok czarnego mk3 widaćladne ładne brązowe mk2 😛
Owszem, z tym, że chodziło mi o konkretnie sektor Lubelskich Klasyków, a ten Golfik stał w otoczeniu aut tuningowanych – na tej samej zasadzie w czwartkowym spotkaniu brały udział też m.in. Mercedes W202, czy maluch elegant: były, ale nie przy klasykach.
Nexie nie tyle wyginęły co wyjechały w całości lub częściach do Uzbekistanu i sąsiedzkich -stanów