Ale tandetę teraz produkują, czyli trochę o wadliwie wykonanych płytach winylowych z PRL

Polska Rzeczypospolita Ludowa bublami stała – to prawda znana od lat, w tamtych czasach wstydliwa dla władz i uciążliwa dla obywateli, obecnie popada w coraz większe zapomnienie. Wszak minęło już ponad 35 lat od upadku tego państwa z „najlepszym” ustrojem na świecie, dla osób starszych to już cała epoka, dla młodszych czasy równie odległe co Bitwa pod Grunwaldem, czy II wojna światowa – zupełnie obce i znane wyłącznie z książek i filmów. Ale do rzeczy.

Produkty wykonane wadliwie nie są wyłącznie domeną państw komunistycznych, w końcu i na zachodzie była to rzecz zupełnie normalna, różnica polega na tym, że w cywilizowanym kraju za wykonanie bubla ktoś ponosi odpowiedzialność i jego nabywca może go zwrócić, aby w zamian otrzymać pełnowartościowy produkt, a w PRL nie było tak kolorowo: raz, że funkcjonowało podejście „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”, a dwa, że podaż wielu produktów była bardzo mocno ograniczona, więc trzeba było się cieszyć, że w ogóle udało się nabyć cokolwiek. Najlepiej obrazuje to scena z filmu „Fetysz” z lat 80., w której rodzina po wieloletnim ciułaniu pieniędzy na nowego malucha wybiera się do Polmozbytu aby zakupić wymarzony wóz, a tam dosłownie wszystkie samochody są felerne. Jednemu wypada klamka, drugiemu odpada boczek drzwi przy trzaśnięciu drzwiami, inny, najlepiej poskładany pod specjalnego klienta okazuje się mieć niedokręconą kierownicę, która po paruset metrach zostaje kierowcy w rękach. Nie było wyjścia, brali co było. Podobnie było w przypadku płyt winylowych, zarówno bardziej jak i mniej znanych artystów.

Obecnie na giełdach da się spotkać praktycznie same sztuki wolne od wad, jeśli przymkniemy oko na niższą jakość tłoczenia od wydań zachodnich, jednak za komuny trafienie felernej sztuki nie należało do rzadkości, po prostu wiele takich egzemplarzy zakończyło swój żywot w latach 90. i nieco późniejszych jako rzeczy kompletnie bezwartościowe i będące przykrą pamiątką po byle jakiej epoce. Standardem były płyty wybrakowane, ze źle wydrukowanymi okładkami, błędnie wytłoczone, czy wręcz tak krzywe, że nie dało się ich odtwarzać. Sam jestem w posiadaniu debiutu grupy TSA z 1983, który na stronie B ma wytłoczoną Zdzisławę Sośnicką zamiast soczystego metalu, no i znam dwie sztuki albumu „Nowe Sytuacje” Republiki, które stronę B mają wytłoczoną na obu stronach płyty. Bolesna rzecz dla pierwszych właścicieli tym bardziej, że były to longplaye bardzo drogie i bardzo pożądane, ze świecą szukać lepszej sztuki po wystaniu wielu godzin w kolejce za upragnioną sztuką. W obydwu przypadkach jednak mamy do czynienia z pojedynczymi przypadkami, większość nakładów obu wydawnictw została mimo wszystko wykonana prawidłowo, pytanie więc brzmi: czy istnieją takie płyty z tamtych lat, których wszystkie egzemplarze zostały wykonane wadliwie? Odpowiedź brzmi: jeszcze jak! Przyjrzyjmy się zatem pięciu takim przypadkom.

A jeszcze zanim się przyjrzymy to rzut oka na dwa egzemplarze płyty TSA – widać po rowkach, że na obu jest co innego wytłoczone, Sośnicka po lewej.

Maanam – Maanam (Wifon, 1981)

Krakowska grupa z Korą i Markiem Jackowskim na czele była największą sensacją festiwalu w Opolu roku 1980 – dziś mówi się nawet, że ich występ zapoczątkował nową epokę w historii polskiego rocka, nic więc dziwnego, że publiczność była spragniona ich muzyki, która pojawiła się na kilku singlach wydanych przez Tonpress, oraz w kultowym filmie „Wielka Majówka”. Gdy w końcu ukazał się upragniony debiut zespołu, pierwszy jego nakład rozszedł się w try miga nie zaspokajając popytu w najmniejszym nawet stopniu, nic więc dziwnego, że wytwórnia Wifon zdecydowała się na wypuszczenie drugiego nakładu kilka miesięcy później, który można rozpoznać po dwóch rzeczach: po pierwsze label (naklejka na płycie) jest nowego wzoru z dużym logiem wytwórni w górnej jego części, a po drugie strony A i B są opisane odwrotnie, także zaczyna się ona od „Karuzeli marzeń”, a kończy „Żądzą pieniądza” – ale tylko według labeli, bo opis na okładce został po staremu. To i tak mała wpadka w porównaniu z tym, co wydarzyło się na kolejnych przedstawionych płytach.

We wpisie o muzyce wypada podrzucić trochę dźwięku – polecam więc posłuchać jednego z mniej ogranych numerów z tej świetnej płyty.

Budka Suflera – Ona przyszła prosto z chmur (Polskie Nagrania Muza, 1980)

Dla lubelskiej grupy był to album przełomowy – dwie poprzednie płyty to pełnokrwisty rock progresywny w postaci długich, monumentalnych utworów, hardrockowych gitar, organów Hammonda i hipnotyzującego wokalu Krzysztofa Cugowskiego. Tu zaś mamy do czynienia z utworami dużo prostszymi, zabarwionymi popem, funkiem i nowoczesnymi syntezatorami, no i najważniejsza zmiana: nowe twarze w zespole – Jan Borysewicz i Zdzisław Janiak na gitarach, no i Romuald Czystaw z dużo spokojniejszym głosem, nadającym utworom zupełnie innego kolorytu niż wokal Cugowskiego. Płyta ta rodziła się bardzo długo, bo od końcówki 1978 roku, aż do wiosny 1980, kilkukrotnie zmieniano na nią koncepcję, miała na niej wystąpić Anna Jantar, ale nie zdążyła, bo zginęła w katastrofie lotniczej, w międzyczasie trafiła się jeszcze dodatkowa „fucha” w postaci płyty „Na brzegu światła” wydanej na okoliczność Igrzysk Olimpijskich w Moskwie ’80, gdy w końcu ujrzała ona światło dzienne, okazało się, że coś jest nie tak. Mniejszym grzechem jest błąd w zapisie nazwisk muzyków – Jan Borysewicz stał się tutaj Januszem, gorzej, że dwie piosenki: numer tytułowy i ballada „Archipelag” pojawiły się tutaj w surowych wersjach demo. To co powinno było wtedy ujrzeć światło dzienne czekało na swój moment aż do lat 90. gdy pojawiły się pierwsze reedycje płyty.

To znalazło się na płycie…
…a to powinno się na niej znaleźć – brzmi z grubsza podobnie, ale jednak jest bardziej dopracowane.

Anna Jurksztowicz – Dziękuję, nie tańczę (Tonpress, 1986)

Debiutancka płyta młodej dobrze zapowiadającej się wokalistki, po latach uważany przede wszystkim za dzieło trójki mężczyzn: realizatora dźwięku Rafała Paczkowskiego, tekściarza Jacka Cygana i przede wszystkim kompozytora materiału, Krzesimira Dębskiego. Sama Anna Jurksztowicz najpierw występowała w chórkach zarówno w Orkiestrze Polskiego Radia i Telewizji, jak i w zespole Bolter, jako solistka dała się poznać publiczności w roku 1985, a już po premierze omawianej płyty jej hity pojawiły się w filmie „Kingsajz” z nieśmiertelnym „Zmysły precz” na czele. Na płycie „Dziękuję, nie tańczę” otrzymujemy szereg różnorodnych kompozycji utrzymanych w synthpopowym klimacie od szybkich numerów do tańca aż po spokojne ballady. I wszystko byłoby ładnie, gdyby nie fakt, że jedna z obecnych na płycie piosenek pojawia się na niej dwukrotnie w pierwszym nakładzie pierwszego wydania. Wskutek błędu podczas tworzenia matryc zarówno na końcu strony A jak i na początku strony B znajduje się ten sam utwór „Życzenie”, zaś piosenki „Niech spadną gwiazdy” nie ma wcale. Błąd ten naprawiono dopiero przy drugim nakładzie, który różni się również brakiem ceny na okładce płyty. Tak na marginesie: płyty wytwórni Tonpress były owocem realnej współpracy w ramach RWPG – pomimo polskiego pochodzenia wytwórni okładki były drukowane w Czechosłowacji, same zaś płyty tłoczono w ZSRR w wytwórni podlegającej wytwórni płytowej „Melodija”. A głos samej Jurksztowicz jest dobrze znany wielu Polakom oglądającym TVP, bowiem śpiewała ona piosenki do napisów końcowych takich seriali jak „Matki, żony i kochanki”, „Na dobre i na złe”, czy „Ranczo”.

Całkiem sympatyczny utwór, szkoda, że kompletnie nieznany wielu posiadaczom tej płyty.

Krzysztof Krawczyk – Wstaje nowy dzień (Wifon, 1987)

Krzysztofa Krawczyka nikomu przedstawiać nie trzeba, o płycie warto wspomnieć słów kilka. Jest to pierwszy album artysty wydany po jego powrocie do Polski z kilkuletniej emigracji do USA i zawarte na nim utwory w momencie premiery krążka to były już powszechnie znane hity, bowiem krążyły one w eterze i na festiwalach już od roku 1985. Stylistycznie jest to płyta mocno zanurzona w typowych brzmieniach lat 80. Zaś największy z niej przebój, czyli „Ostatni raz zatańczysz ze mną” jest efektem współpracy z zespołem Bolter, który przyniósł Polsce przebój „Daj mi tę noc”. W tym zresztą okresie Krawczyk wykonywał również piosenki innej synthpopowej kapeli – grupy Klincz dowodzonej przez Ryszarda Kniata, które po latach okazują się być gratką w dorobku artysty kojarzonego raczej z muzyką bardziej taneczną, czy Trubadurami. Ewentualnie kilkoma hitami z radia. Warto zgłębić dorobek pana Krzysztofa, jest on na tyle bogaty i różnorodny, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wracając do płyty to zdaje się, że doszło do nieporozumień między drukarnią a tłocznią, bo lista utworów niezupełnie się zgadza ze stanem faktycznym: niby poszczególne piosenki faktycznie się na niej pojawiają wszystkie co do jednej, jednak w innej kolejności niż by na to wskazywały zarówno okładka jak i labele na płycie. Cóż, przynajmniej utwory otwierające zarówno stronę A jak i B są na swoim miejscu.

Grunt, że muzycznie wszystko na płycie jest jak trzeba: i sympatycznie i przebojowo.

Armia – Armia (Pronit, 1988)

Druga połowa lat 80. w polskim rocku upłynęła pod znakiem lekkiej zadyszki – młodzi za często uciekali w łagodno-balladowo-ogniskowe klimaty, a weterani zdążyli zatracić swój wczesny zapał. Chyba, że mówimy o mocniejszych odmianach tego gatunku jak metal, czy punk. Jedni mieli do dyspozycji takich debiutantów jak Kat, czy Wilczy Pająk oraz własny festiwal Metalmania, a punkom nową muzykę dostarczali muzycy wprowadzający na polski grunt odmianę hardcore: w bardziej tradycyjnej odsłonie prezentował ją zespół Moskwa, a w bardziej odjechanej – Armia. Jest to kapela założona przez weteranów sceny: Tomasza Budzyńskiego z pierwszej inkarnacji grupy Siekiera, oraz Roberta Brylewskiego, którego zespoły Kryzys, Brygada Kryzys, czy ówcześnie funkcjonujący Izrael zdążyły już obrosnąć legendą pionierów sceny alternatywnej. Reprezentowali oni świeże podejście do gatunku łącząc pierwotną punkową energię oraz tempo z poetyckimi tekstami, oraz kompletnie niestandardowymi riffami i sekwencjami akordów dobieranych przez Budzego – żeby lepiej zrozumieć tę nietypowość wystarczy porównać sobie utwór „Niezwyciężony” Brylewskiego z jakimkolwiek dziełem stworzonym przez Tomasza, np.: „Hej szara wiara”, czy wizytówką wczesnego wcielenia grupy, utworem „Aguirre”. Debiut Armii został nagrany w 1987 roku w rzeszowskim studiu RSC jako pierwszy z trzech albumów zrealizowanych w tamtym okresie przez Brylewskiego (pozostałe to „Duchowa rewolucja” Izraela i debiut grupy Deuter). Pomimo dobrze wykonanej roboty przez realizatora dźwięku płyta brzmi fatalnie. Brylewski tak to wspominał po latach: „Sprawa dotyczyła nacinania przy produkcji płyt winylowych. Człowiek, do którego należy nacinanie wrzuca taśmę ze studia do urządzenia, które zapisuje dźwięk na matrycy, z niej robi się płyty. Taśmę studyjną zwija się tył na przód, bo jeśli leży dłużej, jeśli jej tak nie zwiniesz, sama się przekopiowuje. Człowiek, który nacinał Armię, nie wziął tego pod uwagę i głowica odczytała taśmę z drugiej strony, jak przez celofan, w związku z tym wycięte zostały wysokie częstotliwości.” („Kryzys w Babilonie. Autobiografia” str. 264). Efekt? Całość brzmi jak puszczona przez telefon, albo odtwarzana tanim magnetofonem ze słabo nagranej kasety. Żeby było śmieszniej, wydanie kasetowe albumu brzmi dużo lepiej, bo nie popełniono przy nim tego błędu. Fani byli rozczarowani, zespół rozgoryczony, wszystkie płyty pierwszego oryginalnego wydania zostały tak wadliwie wykonane, przez co część utworów została nagrana ponownie i wydana na płycie „Czas i byt” z 1993, a sam debiut Armii również doczekał się godnie brzmiącego wydania dopiero w latach 90.

Tu ładnie słychać na przykładzie utworu zamykającego całość jak wszystko jest przytłumione – to nie błąd realizatora dźwięku, tylko tłoczni.

Powyższe przykłady nie wyglądają może jakoś spektakularnie, ale potrafiły one uprzykrzyć życie zarówno artystom, jak i słuchaczom, a nie wspominam tutaj już o egzemplarzach, które potrafiły mieć jeszcze inne dodatkowe wady, jak te wspomniane kilka akapitów wcześniej, czy inne typu źle nawiercony otwór centralny powodujący falowanie dźwięku, czy też okładkę zastępczą, bo drukarnia zawiodła z powodu kryzysu i niedoboru papieru, farby, czy innych zasobów. Tak, dobrze, że nie żyjemy już w tamtych czasach, żeby po wielogodzinnym staniu w kolejce zdobyć wreszcie upragnioną płytę, która położona na krzywym talerzu gramofonu Unitra Fonica z trzeszczącymi potencjometrami, okazuje się być kompletnym bublem ze źle opisanymi utworami, podłej jakości dźwiękiem i jeszcze ze źle wytłoczoną jedną ze stron.

Tak na przykładzie mojego zbioru płyt Urszuli: „Malinowy Król” jest bieda-egzemplarzem w okładce zastępczej, a „Urszula 3” całym nakładem poszła w takowej jedynie z papierową wkładką informującą o zawartości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *