Kilka dni temu pan Łubiński z redakcji Autoblog stworzył artykuł, w którym opisał swoją kapitulację w temacie uprawiania graciarstwa. Zaintrygowany zarówno tytułem, jak i samą treścią artykułu postanowiłem podjąć dyskusję na temat tego, czy jest faktycznie tak źle, jak pisze, a wolę to zrobić tutaj na Recenzexie, bo treści będzie znacznie powyżej pojemności przeciętnego komentarza.
Poza tym nie umiem korzystać z tego autoblogowego wydziwu do pisania komentarzy.
Oto odnośnik do tegoż, abyście Państwo od razu mieli punkt odniesienia.
Ja bliższej styczności z gratami nie miałem w dzieciństwie – zafiksowany byłem raczej na punkcie polskiej motoryzacji, której w najbliższym otoczeniu miałem pełno: dziadkowy maluch, 125p szwagra mojej mamy i niezliczone ilości Polonezów Caro mojego ojca oraz wszelkiej maści wujków i stryjków. Graciarstwo nadeszło później wraz z artykułami w magazynie Classicauto pisanymi przez członków Stada Baranów będących pionierami tego nurtu, oraz stroną graty.art.pl ze zdjęciami takowych.

Pomimo, że mam już ładnych parę samochodów, to nie planuję na nich poprzestawać, choć faktem jest, że każdy następny mój zakup będzie raczej na rok-dwa i puścić dalej, bo co za dużo, to nie zdrowo, a nie planuję się pozbywać żadnego wehikułu z mojej floty, za bardzo je po prostu wszystkie lubię.
Teraz czas na moment, w którym chciałbym trochę podyskutować z artykułem kolegi Łubińskiego: o ile zgadzam się, że realia posiadania starego samochodu są obecnie mniej kolorowe, o czym więcej za moment, o tyle nie wydaje mi się, żeby romantyzm całkiem wyparował z uprawiania graciarstwa: wyrwanie samochodu za grosze, lub symboliczną flaszkę to i moi kumple uprawiali jeszcze kilka lat temu, a obecnie red. Wannowicz całkiem niedawno miał okazję kupić malucha dzięki karteczce włożonej za wycieraczkę (ostatecznie nie kupił, bo cena była zbyt wygórowana jak na eleganta w typowo elegantowskim stanie blacharki). Inny zaś kumpel pracujący na szrocie, ledwo kilka tygodni temu zakupił bardzo ładnego Peugeota 106 od starszej kobiety, która miała oddać go do kasacji, ale nie miała do tego serca – ma teraz chłopina fajnego starocia do jazdy na co dzień.

Inna sprawa to te wszystkie „dziadkowe klasyki” – oczywiście, jest tu subiektywne zdanie autora, że jemu akurat nie robią już samochody obecnie użytkowane przez ludzi starszej daty, ale to wcale nie oznacza, że nowe pokolenie graciarzy nie ma nic do roboty – dla ludzi młodszych od nas atrakcyjnymi youngtimerami jawią się te wszystkie Fiaty Cinquecento, czy Uno, bądź Škody Felicia, czy przede wszystkim niedobitki po epizodzie, gdy Daewoo było międzynarodowym gigantem (oprócz Lublinów, one ciągle na robocie). Pamiętajmy, że na nasze pokolenie podobnie patrzyli starsi od nas, gdy te 10 lat temu śliniliśmy się na widok dziadkowych Peugeotów 205, Ład Samar, Škód 105/120, Citroenów BX, czy, o zgrozo, Polonezów Caro.

Pomimo, że jesteśmy rówieśnikami to mamy inne priorytety i podejście do życia, także jestem w stanie jak najbardziej zrozumieć chęć założenia rodziny, co oznacza pójście na pewne kompromisy. Inna rzecz to kwestia miejsca zamieszkania – dziękuję Opatrzności, że nie jestem skazany na mieszkanie w cholernej metropolii, bo póki co jawny łamacz praw konsumenta, czyli SCT mi nie grozi, mogę sobie jeździć czym chcę, byle miało OC i przegląd. A jak moich wozów nie chcą w „stolycy” to mogę sobie nimi pojechać gdzie indziej z dala od zgiełku i korków.
Jeśli chodzi o podwyżkę ceny przeglądów to uważam, że nie są one tak bolesne zwłaszcza, że wartość złotówki poleciała na łeb na szyję, za to mocno urosła pensja minimalna, tymczasem owa podwyżka to tylko 50zł. Kwestia aut z LPG to oczywiście oddzielny temat – prawie stówa dopłaty za spalanie najbardziej ekologicznego paliwa kopalnego to dla mnie jest chore.
Najciekawsze jest zaś, że moje doświadczenie ze zmianami cen ubezpieczenia OC jest zgoła odmienne: 10 lat temu za malucha płaciłem 650zł składki, obecnie jest to 340zł, Polonez Caro jeszcze niedawno wynosił mnie 440zł, a ostatnio płaciłem tylko 266zł, jedynie za mojego 125p mi podrożało, bo zamiast dotychczasowych 115zł musiałem zapłacić zastraszające 148zł. Także pozostaje mi tylko pogratulować agenta ubezpieczeniowego, no chyba, że jest to znów spowodowane mieszkaniem w Warszawie.
Moje podsumowanie jest takie: nie jest aż tak źle, jak mogłoby się wydawać, najgorsze jest moim zdaniem zaostrzanie prawa i nie chodzi mi tylko o te przeklęte strefy (swoją drogą ogromne DZIĘKUJĘ dla mieszkańców Krakowa, bo pokazaliście, że jak się chce to się da jeszcze coś zrobić solidarnie w tym kraju), ale przede wszystkim o te uderzające w kulturę samochodową – doprawdy dziwnym tworem jest Polska, w której bez większych konsekwencji można burzyć zabytki i w ich miejscu stawiać patodeweloperskie potworki, ale za to jak zbierzecie się w kilkanaście osób na parkingu nikomu nie robiąc krzywdy to już podpadacie pod paragraf, bo jacyś popaprańcy sobie wymyślili taką ustawę i została ona podpisana. Ostatnio nawet ucierpieli na tym uczestnicy cyklicznych spotów Lubelskie Klasyki z powodu jakiegoś służbisty. Podobnie nagle zbrodnią jest zrobienie jakiegokolwiek przypalenia kapcia na drodze, czy mały drift na rondzie. Na kogo my głosujemy do cholery?! I obawiam się, że lepiej nie będzie. Cytując wieszcza „Coście [wiadomo kto] uczynili z tą krainą”.

Ja zaś z kolei się obawiam, że moje dotychczasowe zakupy samochodowe nie są moim ostatnim słowem i prędzej czy później zakupię kolejnego starocia – może po znajomości, może z ogłoszenia, a może dzięki karteczce za szybą. Byleby był wyprodukowany, bądź chociaż zmontowany w Polsce, bo takie lubię najbardziej.

