Całe życie z… Polakami, czyli spowiedź człowieka, który jeździ tylko autami wyprodukowanymi w Polsce.

Polską motoryzacją interesuję się niemal całe życie. Od zawsze zwracałem uwagę na Polskie Fiaty, czy Polonezy stojące na parkingach, a których było wtedy całe mnóstwo, chociaż największym przełomem w moim życiu był moment, gdy w II klasie podstawówki dostałem do ręki książkę „Motoryzacja” Józefa Kowalskiego i wypatrzyłem w niej samochody Warszawa – z miejsca się zakochałem w tych kształtach i byłem mocno zaskoczony, że w fabryce dużych Fiatów, czy Polonezów kiedyś produkowaliśmy tak piękne auta. Od tamtej pory zacząłem zgłębiać wiedzę o polskich samochodach i tak ją zgłębiam do dziś oczywiście postanawiając po drodze, że jak już będę dorosły to będę jeździł tymi polskimi autami.

Nie jest też tak, że całe życie planowałem w sposób doktrynalny, że wszystkie moje auta muszą pochodzić z polskich fabryk, w końcu poza pojazdami hobbystycznymi trzeba czymś jeździć na co dzień, ale tak mi się jakoś szczęśliwie złożyło, że takie moje samochody również zostały wyprodukowane nad Wisłą. Jak więc może wyglądać życie człowieka, który tak poprowadził swoje życie? Cóż, postaram się na to pytanie odpowiedzieć po prostu prezentując swoje doświadczenia z poszczególnymi posiadanymi przeze mnie pojazdami.

Fiat 126el (1996)

Mój pierwszy wóz na zlocie z okazji 51. okrągłych urodzin Fiata 126.

Moją przygodę z motoryzacją zacząłem jak wielu Polaków od malucha. Jest to zresztą egzemplarz, który towarzyszy mi całe moje życie, gdyż jest to nabytek mojego Dziadka, który zakupił go nowego w salonie, także mam z tym samochodem wspomnienia sięgające jeszcze końcówki XX wieku. Byłem nim odwożony ze szkoły do domu, raz nawet się udało uprosić udostępnienie tego wozu mi i mojemu ojcu na cały dzień, żebym mógł się nim nacieszyć. Jako, że Dziadek dobrze wiedział, że stałem się fanatykiem polskich aut i jestem jedynym zainteresowanym w rodzinie tym maluchem postanowił mi go podarować gdy skończę 18 lat, co zresztą się stało. Stawiałem na nim pierwsze kroki jako kierowca jeszcze przed zrobieniem prawka jeżdżąc po parkingu, potem pierwsze jazdy po mieście, potem poza miasto do kumpli, pierwsze zloty starych samochodów, aż w końcu pierwsze dalsze eskapady.

Jak sobie pomyślę, że najlepsze lata mojego życia…


Tak, ja i moi kumple należymy do tych wariatów, którzy robili trasy maluchami po całym kraju i za granicę. Dzięki temu zaliczyłem niejeden Ogólnopolski Zlot Fiata 126p odbywający się w różnych częściach kraju, a także kilka wypraw zagranicznych zwiedziwszy nim 5 różnych krajów: jeździłem nim po Litwie, Łotwie i Słowacji i udało mi się nim wjechać do Czech i Węgier (do miasta Sátoraljaújhely znanego z książki i filmu „C.K. Dezerterzy”). Pierwsze lata eksploatacji upływały raczej bezawaryjnie poza jednym incydentem, gdy nie wiedzieć czemu stracił ładowanie podczas wyprawy do Wołomina – prawdopodobnie przywiesiły się szczotki na alternatorze. Jakieś pół roku później dojechał bez najmniejszej awarii na Łotwę i z powrotem. Z biegiem czasu jednak ilość awarii zaczyna w nim narastać: a to problemy z odpaleniem, a to coś zaśniedziało i trzeba czyścić, a to urwały się obejmy wydechu, to i owo zaczęło przepuszczać olej, raz zaciął mi się termostat w górach i trochę go przegotowałem, no i podłoga już kwalifikuje się do wymiany – wóz całe życie prawie w garażu, a i tak zdążył zgnić – mnie oszukasz, kolegów oszukasz, mamusię oszukasz, ale blach w elegancie nie oszukasz.


A jak się nim jeździ na co dzień? Pomimo ciasnoty ergonomia jest doskonała: wszystkie przełączniki w zasięgu ręki i wzroku, cały samochód się obsługuje z fotela kierowcy łącznie z otwieraniem szyby pasażera, czy przecieraniem tylnych okien. W mieście jest perfekcyjny. Nie mieszkam w dużej metropolii, więc nie grozi mi skasowanie przez narwańca w suvie, a za to wszędzie się mieszczę, więc nie mam problemów z parkowaniem. Gorzej oczywiście w trasie – maluch jest patologicznie ciasny i głośny, więc już po tych 120 km jazdy organizm domaga się przerwy, zwłaszcza na rozprostowanie nóg, przynajmniej tyle, że elegantem można nagniatać 90km/h i wóz nie sprawia problemów – starsze maluchy mogą przy takich prędkościach usmażyć prądnicę. Mało tego, przy takich prędkościach mój elegant schodzi do rekordowo niskich wyników średniego spalania: poniżej 4,5l/100km.
Jeżdżę tym maluchem do dziś i ma u mnie dożywocie jako pamiątka rodzinna, oraz samochód, którym zaliczyłem największe eskapady swojego życia.

Przy wjeździe do Daugavpils, czyli Dyneburga na Łotwie.

Fiat Uno (2000)

Niedługo po zakupie – wtedy naprawdę jeszcze go lubiłem…

Pierwszy samochód kupiony za własne zarobione pieniądze i największa życiowa pomyłka. Zakupiony za symboliczną cenę od drugiego właściciela – mojego ówczesnego najlepszego przyjaciela okazał się być samochodem, który raz na zawsze wyleczył mnie z włoskiej motoryzacji. Pierwsze wrażenie: rewelacja. Giugiaro słusznie czuł się dumny z tego projektu, bo to jest genialne pudełko, w którym jest zaskakująco dużo miejsca, pozycja za kierownicą jak na Fiata rewelacyjna, wszystkie przełączniki i przyciski umieszczone wzorowo, miejsca z tyłu nie brakuje, bagażnik zaskakująco pojemny, litrowy silnik rodziny FIRE sprawiał, że samochód bardzo fajnie i żwawo się odpychał, manewrowanie nim to czysta przyjemność dzięki rewelacyjnej zwrotności i przeszkleniu. W dodatku wyprodukowany przez Fiat Auto Poland, więc mamy polskie pochodzenie. Tylko co z tego?


Pomimo ledwo przekroczonych 100tys. km oryginalnego przebiegu samochód okazał się być skandaliczną porażką jakościową: non stop coś w nim psuło się, padało, rozpadało się, odpadało. W jednej klamce ukręcił się bębenek zamka, druga klamka urwała się przy jednym nie jakoś drastycznym szarpnięciu w zimę, wycieraczka z przodu przestała działać, zaraz wysiadła tylna, nie można było gwałtowniej dać gazu przy redukcji, bo linka gazu się zacinała i trzeba było zatrzymać samochód, podnieść maskę i poprawić ją, bo silnik blokował się na najwyższych obrotach, innym razem straciłem jedynkę, dwójkę i wsteczny, trzeba było ruszać z trójki, tylną lampę trzeba było co jakiś czas zdejmować i suszyć, bo wilgoć wchodziła do środka (oryginalna lampa, fabrycznie osadzona bez żadnych stłuczek). Krótko mówiąc ciągle siadały jakieś pierdoły mniej lub bardziej poważne, w dodatku ta wszędobylska i agresywna rdza. Po dwóch latach zaczęła się dobierać do vinu wybitego na przednim kielichu po stronie pasażera, po trzech brakowało już dwóch ostatnich cyferek, spody drzwi zjedzone wraz z brzegami sierpów nadkoli i progami – diagnosta zaczął mnie wyganiać ze stacji z obawy przed tzw. przypałem. No i wnętrze również zaczęło brzydko się starzeć: to wyblakło, tamto się urwało, z kierownicy wypadł emblemat Fiata – niby nic, a jednak denerwuje.

Jak widać nie była to najbiedniejsza wersja. Widoczne tu radio JVC jest ze mną nadal, obecnie gra w Polonezie.


Ogólnie strach było tym samochodem pojechać gdziekolwiek dalej, bo nigdy nie było gwarancji, że wróci się o własnych siłach do domu – byle deszcz eliminował go z możliwości dalszej podróży, że nie wspomnę o wymienionym już incydencie z biegami. Przynajmniej tyle dobrego, że silnik zawsze zapalał od strzała i poza tą nieszczęsną linką gazu nie dolegało mu dosłownie nic – dlatego i z powodu mało wysiedzianych foteli nie wierzę, żeby przebieg był kręcony. Pierwszy rok jeszcze miałem cierpliwość i nim regularnie jeździłem, ba, nawet latałem nim po autostradzie i testowałem prędkość maksymalną (145km/h wg licznika), w następnych latach jeździłem nim tylko od wielkiego dzwonu, po trzech latach bez żalu go sprzedałem za grosze byle się pozbyć problemu. Nie był mi już do niczego potrzebny, bo oprócz malucha zacząłem jeździć kolejnym polskim wynalazkiem, a był to…

Kumpel nakupował Uniaczy i unopochodnych, więc zrobiliśmy okolicznościowy zlocik – wtedy już swojego Uno nienawidziłem.

FSO Truck (1994)

NIE REGULUJ MONITORA! TO AUTENTYCZNY RECENZEXOWY TRUCK!

Samochód, który nauczył mnie wszystkiego, co potrafię jako kierowca. Został zakupiony przez ojca i brata do nowo powstałej firmy jako zwykły wół roboczy, ale że kilka tygodni później udało się dokupić VW LT35 to Truck praktycznie od razu przestał być potrzebny i go przejąłem. Pierwsze wrażenie? Mimo, że od zawsze marzyłem o Polonezie to jednak było dziwnie: ja wychowany na szerokich Caro i plusach nagle siedzę w modelu starszym – niby Polonez, ale jakoś tak bez większego sentymentu, w dodatku nie spodziewałem się, że będzie mi dane jeździć Truckiem, który sprawia wrażenie bycia jednak tylko połową Poloneza, która się kończy za oparciami przednich foteli. Poza tym dla mnie jeżdżącego na przemian Unem i maluchem był on wielką toporną kolubryną, którą ciężko było manewrować, no i z silnikiem jakby kompletnie pozbawionym werwy pomimo pojemności 1.6 i 87 koni. Po pierwszej przejażdżce do Otwocka i z powrotem przesiadka do Una jawiła się jako przesiadka do szybkiej i prostej w manewrowaniu rakiety. Jednak z biegiem czasu zacząłem się powoli przekonywać do tego samochodu – raz, że Polonez, a ja lubię Polonezy, a dwa, że wreszcie dysponowałem samochodem, którego nie muszę się obawiać, że mi wytnie jakiś numer po drodze. Kilka lat nagniatałem tym Truckiem na co dzień i okazał się być samochodem całkowicie bezawaryjnym: żadnych odpadających elementów, żadnych wariactw ze skrzynią biegów, żadnego rozbierania lamp, żeby wylać wodę, nic. Jedyna poważna awaria to utrata hamulców, na szczęście nie w trasie, tylko podczas kręcenia się po mieście, udało się ją sprawnie zlikwidować i jeździł dalej. Z mniejszych rzeczy to termostat się przywiesił i wóz zaczął dobijać wskaźnikiem do czerwonego pola na termometrze co wymogło jazdę z włączonym grzaniem i dmuchawą na maxa w upalny letni dzień i to w sumie tyle na prawie 10 lat eksploatacji. A, no i trzeba było zajrzeć do gaźnika, bo ten brak werwy był spowodowany nieotwierającą się drugą przepustnicą gaźnika – od tamtej pory Truck zaczął śmigać jak trzeba i wkręcać się na obroty jak marzenie.

N I G H T D R I V E


Jako, że kilka lat jeździłem nim na co dzień to zdążyłem się nauczyć radzić sobie z nim w sytuacjach podbramkowych, a takich w Polonezie nie brakuje, zwłaszcza Trucku, który ma lekki tył: byle deszcz grozi utratą przyczepności i piruetem przy mocniejszym hamowaniu, w zimę trzeba non stop trzymać margines bezpieczeństwa, każde przejście dla pieszych wymaga uważnej inspekcji, bo nawet na suchym przy 40-50 km/h nagłe hamowanie grozi zablokowaniem kół i hamowaniem z piskiem. Kilka lat takiego treningu i człowiek już nie jest taki chętny do brawury za kierownicą. A co z ergonomią wnętrza? Jak to w Polonezie… słabo. Poza włącznikiem świateł nic nie jest w oczywistym miejscu. Ktokolwiek wymyślił te przyciski na konsoli środkowej na lewo od dźwigni zmiany biegów kompletnie nie miał bladego pojęcia czym jest ergonomia: powodzenia w znalezieniu włącznika awaryjnych żeby podziękować jak ktoś wpuści – ja po prawie 10 latach nadal mam z tym problem. Przynajmniej tyle dobrze, że mam fotele starego typu, które są mięciutkie i mnie w ogóle nie męczą ile bym nim nie jechał. Pozycja za kierownicą oczywiście na typowego fiatowskiego szympansa, czego nie niweluje nawet regulowana kolumna kierownicy, ale za to dźwignia zmiany biegów jest bardzo wygodnie umieszczona – dużo przyjemniej się operuje takim lewarkiem wystającym pod skosem z konsoli niż tradycyjnie pionowym sterczącym z tunelu. Zegary starego typu wyglądają wspaniale i klasycznie, jednak w ruchu nie do końca zdają egzamin przez rozrzucenie obrotomierza i szybkościomierza na skrajną lewą i prawą przez co można dostać rozbieżnego zeza podczas odczytywania parametrów.


Nie używałem tego samochodu nigdy do jakichś dalszych eskapad: dwa razy mi się takowe zdarzyły trochę przypadkiem: raz do Siemiatycz jak z kumplem pojechaliśmy na spontaniczną wyprawę graciarską i raz do Skarżyska-Kamiennej, bo kumpel filmowiec potrzebował go do swojego krótkiego metrażu. Obie wyprawy oczywiście obyły się całkowicie bez awarii. Za to wiele zlotów nim zaliczyłem i kilka rajdów samochodów zabytkowych nim obsłużyłem z Rajdem Żuka na czele. A, no i jeździłem nim po torze prób FSO zanim go bydło wyburzyło. No i nie powiem, fajnie mieć pickupa, bo wygląda rasowo i można nim bez bólu przewieźć w razie potrzeby piach, drewno, gruz, czy wywieźć tapczan na pszok, albo pralkę do naprawy.
Z racji braku garażu blacharka i wnętrze dostały trochę po tyłku, przez co planuję dla niego w najbliższym czasie coś pobudować, no i w miarę możliwości zrobić mu mały remont, żeby znów wyglądał jak nowy. Z tym, że po niemal dekadzie poza spodem paki i dołami przednich błotników on nadal blacharsko lepiej się trzyma niż Uno po trzech latach… Ogólnie nie sprzedam będę robił – zaprzyjaźniłem się z tym samochodem na tyle, że nie mam serca się z nim rozstawać, już czytałem kiedyś wspomnienia jednego blogera, który sprzedał swój ukochany samochód, którego nazywał swoim przyjacielem i wiecie co? Szczęśliwszy się nie stał.

Nie chcę się chwalić przed influencerami z youtuba, ale Cinquecento tak nie potrafi!

Polski Fiat 125p (1975)

Ten budynek w tle to tłocznia FSO, w której zostały wytłoczone elementy karoseryjne tego oto Fiata.

Swoiste dzieło mojego życia. Opowiadałem już jego historię w filmie, tutaj tylko napiszę na szybko, że jest to samochód zakupiony jeszcze przez mojego ojca w 2008 roku żeby mieć jakiegoś youngtimera po tym jak go zaraziłem tym polsko-motoryzacyjnym bakcylem. Niestety ojcu się posypało zdrowie, więc poza zakupem w Zamościu i przewiezieniem go na „tymczasowe przechowanie” do rodziny mieszkającej pod Szczebrzeszynem nie zrobił on już nic w jego temacie, a ja sam nic nie mogłem na to poradzić, bo byłem za młody szczaw – brak własnych pieniędzy, a nawet wieku koniecznego do zrobienia prawa jazdy, więc samochód stał najpierw pod dachem, a potem na zewnątrz powoli niszczejąc. Gdy 9 lat później samodzielnie go sprowadziłem wynajmując lawetę z kierowcą wóz był już przyciskiem do papieru niezdolnym do samodzielnego poruszania się – przynajmniej tyle, że silnik nadal odpalał: cały układ paliwowy, instalacja elektryczna i rozrusznik nadal działały jak nowe, ale sprzęgła już nie było – hydrauliczny układ szlag trafił od lat nieużywania.


Sprowadziwszy go jesienią na wiosnę zaprowadziłem go do mechanika, który zrobił wstępne naprawy, czyli ruszył układ sprzęgła, miał też zrobić hamulce, ale że był oszustem i złodziejem to nie zrobił, tylko wziął kasę za ich naprawę, dalsze serwisy robił już kumpel, który miał więcej uczciwości od niego i wiedzy o samochodach ode mnie. Po kilku miesiącach napraw, regulacji, wymian płynów, poszukiwań części, rzeźbienia przedniego błotnika, który spróchniał, Fiat był gotowy do jazdy. Zaliczyłem nim w tamtym roku dwa zloty i pierwsze przejażdżki, a potem zima. Kolejne dwa lata to okazjonalne przejażdżki, pojedyncze zloty i coroczna listopadowa wizyta pod FSO. Generalnie był plan zrobić go na mechanicznego cacusia w 2020 roku, bo póki co był ponaprawiany mniej więcej byleby jeździł i przechodził przegląd, ale co nastąpiło w 2020 to wszyscy wiemy, więc plan się ziścił dopiero dwa lata później. Silnik nadal czeka na remont, ale reszta jest ogarnięta tak, że wozem nie strach jechać gdziekolwiek – najdalej byłem nim póki co w Serpelicach na kawalerskim kumpla, liczę, że będzie więcej wypraw. Udało mi się nim nawet w ubiegłym roku przejechać rajd samochodów zabytkowych i zająć trzecie miejsce, także jestem z wozu póki co bardzo zadowolony. Udało mi się uratować mu życie, a on się odwdzięcza praktycznie całkowitą bezawaryjnością – nieźle jak na 50-latka, który prawie dekadę gnił w krzakach.

Okazjonalna przejażdżka po autostradzie.


Przez zużycie silnika nie ma on za bardzo werwy i przepala hurtowe ilości oleju. Nie da się nim nawet pojechać szybciej niż 120km/h, ale autostradą i tak nie jeździ się nim źle, bo u nas jest pełno ograniczeń do 100km/h, a takie prędkości on osiąga i radzi sobie z nimi nieźle, w dodatku ma ręczną blokadę przepustnicy działającą jak tempomat, więc prawa noga odpoczywa. Tak poza tym to widać, że to stara konstrukcja – ja nawet nie narzekam na podwozie, czy zawieszenie – po latach w Polonezie jestem przyzwyczajony, gorszy jest absolutny brak zwrotności – Polonez zawija się dużo lepiej, no i ergonomia prawie nie istnieje: pozycja na szympansa oczywiście jest, poza tym wszystkie przełączniki są poza zasięgiem wzroku mimo, że w starszych egzemplarzach były przy samych zegarach i widać je było jak na dłoni. Bez sensu. A jak z paskowym szybkościomierzem? Na szczęście łatwo i szybko się do niego człowiek przyzwyczaja, chociaż pierwsze jazdy były dziwne, bo człowiek jednak jest przywykły do wstającej wskazówki a nie paska idącego poziomo. W środku miejsca na szczęście nie brakuje, nawet 4 osoby nie będą miały problemu jechać razem, w dodatku z tyłu pasażerowie mają podłokietnik do dyspozycji, a bagażnik mimo, że mniejszy niż w takim np.: Wartburgu to również uważam za wystarczający, nawet gdy trzeba się spakować na dalszą kilkudniową wyprawę. Światła to poważny problem – miejsce reflektorów na żarówki typu R2 jest w muzeum, a nie na ulicach w dzisiejszych czasach. One świecą tylko symbolicznie i nie doświetlają prawie nic.
Wóz oczywiście mam do dziś, cały czas pracuję nad tym, żeby miał on jak najlepsze warunki do egzystowania i żeby on sam był w coraz lepszym stanie.

Okolicznościowa fotka ze zlotu Fiata 125p na Bemowie.

Fiat 126elx Town (1999)

Ładnie zachowany? Spokojnie, on tylko ładnie wyglądał.

Wóz kupiony spontanicznie podczas jednej z wypraw graciarskich. Jeździliśmy sobie z kumplami po Łukowie i okolicach w poszukiwaniu jakichś dorodnych wrostów i na jednej wsi zobaczyliśmy tego oto malucha. Źle z wierzchu nie wyglądał, jeździł nawet o własnych siłach, jedynie był brudny w środku i miał 112tys. przebiegu na blacie – sporo jak na malucha. Spytaliśmy właścicielkę czy by nie była chętna go sprzedać. Okazało się, że się zgodziła, podała swoją cenę nie podlegającą negocjacji: 1200zł, dwa dni później wróciliśmy z pieniędzmi i go zakupiliśmy na spółkę we czterech. Okazało się, że wóz nie ma przeglądu, ale i tak ceny nie dało się stargować ani grosza, cóż, człowiek młody, napalony więc i tak się zgodziliśmy. Po drodze zaczęły wychodzić kolejne problemy: hamulec w jednym kole się blokował, wóz nie miał tyle mocy ile powinien, oparcie fotela pasażera złamane, luz na kierownicy był gigantyczny, w ogóle sama kierownica była przekoszona jak pamiętam, po powrocie do domu jeszcze wyszło, że podłogi bardziej nie ma niż jest, w komorze silnika syf, w dodatku korek miski olejowej wyglądał na dziewiczy, więc bardzo możliwe, że ten samochód NIGDY nie miał zmienianego oleju, jedynie dolewany.


Współwłaściciele bardziej biegli w mechanice i blacharce zaraz zaczęli go doprowadzać do względnego porządku, wóz wreszcie doczekał się świeżego oleju, hamulec został rozruszany, podłoga jako-tako pospawana byle przejść przegląd i nie wypaść podczas jazdy, no i zaczęło się jeżdżenie. Samochód stacjonował u jednego z chłopaków, ale za każdym razem jak przyjeżdżali w nasze okolice, albo jechaliśmy do Warszawy to ja przejmowałem kierownicę – celowo, bo to było najwygodniejsze miejsce w całym samochodzie – z tyłu to wiadomo, jak to w maluchu, ale i na fotelu przedniego pasażera nie szło wysiedzieć przez to złamane oparcie. Udało się nim nawet zaliczyć kilka zlotów z cyklicznymi spotami Youngtimer Warsaw na czele.


Ogółem nabiliśmy nim w kilka miesięcy jakieś 4 tys. km, jednemu z chłopaków ten samochód często służył jako pojazd do codziennej jazdy, a gdy nam się znudził zapadła decyzja o jego sprzedaży – każdy z nas już miał po maluchu i to w dużo lepszym stanie, więc taki gruz nie był żadnemu z nas do niczego potrzebny – za dużo zachodu, żeby stał się perełką. Nie zarobiliśmy na nim – udało się tylko odzyskać zainwestowane pieniądze bez żadnego wyjścia na plus.
Gorszym maluchem to chyba w życiu nie jeździłem, przynajmniej jeśli chodzi o eleganty – przesiadając się do swojego czerwonego rydwanu czułem się jak w nowym samochodzie – cichutko, równiutko, bez żadnych luzów, czy dziur w podłodze. Za to ten zielony trup miał chyba najwydajniejsze ogrzewanie, z jakim się zetknąłem w maluchu – prawdopodobnie przez termostat, który nigdy się nie otwierał. Ciekawostka: to była bidawersja podobnie jak mój czerwony elegant, a jednak był uboższy, bo towny nie miały w standardzie listew bocznych, czy pełnych kołpaków kół, no i od pewnego momentu nie miały nawet dziennych liczników.

Demonicznie wysoki przebieg jak na malucha.

Opel Astra Classic (1999)

Opel Astra dobry samochód – i klasyk już z nazwy.

Samochód zakupiony w sposób staromodny – żadnych ogłoszeń, olxów, czy marketplejsów. Ot, pewnego dnia zauważyłem na parkingu bardzo ładnie zachowaną Asterkę F z karteczką „sprzedam” za szybą. Sam po doświadczeniach z Unem i chętny na coś bardziej cywilizowanego od Poloneza rozglądałem się raczej za Audi 80, czy przede wszystkim Toyotą Corollą E11 (E110), jednak jak zobaczyłem tego Opelka to zaświeciła mi się lampka w głowie: to nie jest zły pomysł, będę miał kolejny polski wóz, tylko tym razem dużo bardziej cywilizowany. Mieliśmy w rodzinie dwie Astry F łącznie przez 8 lat więc wiedziałem czego się po tym wynalazku spodziewać. Właścicielem okazał się być miły starszy człowiek, który zakupił ją w salonie „Jastrzębski” w Siedlcach i od tamtej pory w 21 lat nakręcił nią jedynie 133 tys. km, dzięki czemu wóz był wzorowo zachowany. Oczywiście miała swoje małe mankamenty typu wyraźne wgniecenie na drzwiach pasażera prawdopodobnie z parkingu, ale ogólnie prezentowała się bardzo dobrze, silnik cykał jak zegarek, blacha jak na Astrę F dziewicza – była jedna czy dwie zaprawki, ale ogólnie drzwi, progi, podłoga i miejsce wokół wlewu paliwa zdrowiutkie. Samochód nie był wystawiany nigdzie w Internecie, poza tym był mało atrakcyjny dla handlarzy – w 2020 roku te auta odchodziły już do lamusa, poza tym 1.4 8v bez gazu to mało atrakcyjna konfiguracja, dlatego mogłem sobie pozwolić na kilka dni przemyśleń czy chcę, ostatecznie stwierdziłem, ze tylko głupi by takiego auta nie brał, no i kupiłem jeszcze z drugim kompletem kół z zimowymi oponami, dzięki czemu przekładki opon robię sobie samodzielnie bez pośrednictwa wulkanizatorów.


Samochód mnie zachwycał i nadal zachwyca na prawie każdym możliwym kroku. Zawsze odpala od strzała, ergonomia w nim jest perfekcyjna: wszystko na wierzchu, wygodnie i intuicyjnie umieszczone, po szympansiej pozycji z Fiatów ani śladu, nogi mają dużo wygodniej, całe wnętrze sprawia wrażenie solidnego, dużo solidniejszego niż jakikolwiek Fiat, z przodu miejsca nie brakuje, z tyłu miejsca nie brakuje ani na nogi ani na głowy, bagażnik przepastny, pod maską tyle miejsca i wszystko tak intuicyjnie, że sporo można przy tym aucie wykonać samemu. Największa wada? Moc silnika, a ściślej mówiąc jej absolutny brak. Wyprzedzanie trzeba planować z kalendarzem, redukcja z piątki na czwórkę nie daje nic poza zwiększeniem obrotów, trzeba redukować aż do trójki, żeby móc sprawnie wyprzedzać – do miasta jest wystarczający, na autostradzie też nie jest to jakieś problematyczne, ale krajówki to koszmar, ewidentnie brakuje mocy pod butem. Z drugiej strony elastyczność i dobór przełożeń: w trasie piątka jest wystarczająca i można ją zapinać już od 70km/h – trasę moje podwarszawskie okolice-Jelenia Góra robiłem zapinając piątkę przy wjeździe na autostradę i zapominając o dźwigni zmiany biegów aż do węzła we Wrocławiu. Poza tym właśnie, w trasie ten samochód w ogóle nie męczy – maluch czy Polonez to 120-200km i trzeba robić przerwę, żeby nogi i plecy odpoczęły, Astrą da się zrobić 500km na strzała i wysiadając z samochodu nie czuć żadnego bólu czy zmęczenia.


Czy miałem w niej jakieś awarie? W tym roku minie 6 lat od momentu jej zakupu i w tym czasie najpoważniejsze awarie to: chłodnica się rozszczelniła i trzeba było kupić nową, zbiornik paliwa przegnił na wylot, trzeba było kupić nowy, no i ze starości strzeliła mi linka od sprzęgła podczas jazdy. Nic więcej się nie wydarzyło, a z drobnostek? Podświetlenie konsoli środkowej częściowo przestało działać, lampka podświetlenia kabiny podobnie – raczej kwestia kabelków niż żarówek, sprawa do przejrzenia, klosz kierunkowskazu przedniego się odkleił, więc trzeba było kupić nowy. A, no i samochód zaczął w pewnym momencie nierównomiernie pracować i dużo palić. Zestaw nowych kabli, świec i kopułki zapłonowej za 120zł rozwiązał problem. A blacharsko? Kielichy nadal żyją, progi również, sierpy i spody drzwi tak samo, jedynie porobiły mi się rdzawe zacieki na drzwiach od metalowych stelaży, na które są mocowane listwy ozdobne, a, no i spód wlewu paliwa zaczął być rudy, ale wyczyściłem, odrdzewiłem, zrobiłem zaprawkę, póki co trzyma się dobrze. Podwozie nigdzie nie zgniło poza jednym jedynym miejscem: sankami pod silnikiem, które czekają na wymianę.


Ogólnie na podstawie swoich doświadczeń mogę stwierdzić, że Astra F Classic jest póki co najlepszym wyprodukowanym w Polsce samochodem, jaki kiedykolwiek posiadałem. Dużo wygodniejsza od produktów FSO i dużo bardziej niezawodna od tego nieszczęsnego Uno – zrobiłem nią sporo więcej kilometrów, mam ją dwa lata dłużej, a i tak awarii miałem w niej dużo mniej, no i blacharsko nie posunęła się nawet w 1% tego co Uno mimo, że o rdzy w tym modelu Opla krążą legendy.

Podczas jednej z podróży do Jeleniej Góry zrobionych na strzała.

FSO Polonez Caro (1994)

Podczas wyprawy na kawalerski kolegi – on graciarz, więc każdy przyjechał starociem.

I mój najświeższy póki co nabytek we flocie. Prawie każdy mój wuj i stryj w rodzinie miał szerokie Caro, mój ojciec miał nawet dwa, więc mam do tego modelu ogromny sentyment i po prostu musiałem go sobie kiedyś kupić. Mój kumpel ładnych parę lat temu zakupił Poloneza od handlarza w przyzwoitej cenie – samochód okazał się być w zaskakująco dobrym stanie zarówno blacharskim, jak i mechanicznym – silnik chodził równiutko bez słyszalnych panewek, wszystkie drzwi idealnie się domykały nawet przy lekkim dopchnięciu, rdzy na wierzchu brak, spód również git. Po zakupie okazało się, że największym mankamentem wozu był zniszczony układ paliwowy od benzyny przez wieloletnią eksploatację na gazie: do wymiany było wszystko poza pompą paliwa: bak, przewody, gaźnik, a sama instalacja lpg poszła do wywalenia – i tak nie była fabryczna, w samochodzie, który nie będzie służył do codziennej jazdy nie jest zbyt potrzebna, plus używanie jej poczyniło szkody na samochodzie, plus jemu i tak wystarczy często 7,5-8l/100km. Kumpel porobił i jeździł nim przez prawie 3 lata na zloty, czasem też w trasę, albo do pracy. W końcu nadszedł moment, gdy nie był on już mu potrzebny, wtedy zgłosiłem się ja. Przejechałem się nim wreszcie jako kierowca i stwierdziłem, ze muszę mieć ten samochód – raz, że on naprawdę był zdrowy blacharsko i mechanicznie, a dwa, że to najwścieklejszy Polonez na seryjnym ohv, jakim kiedykolwiek jeździłem – urzekło mnie jak on się chętnie wkręca na obroty i się rozpędza.


Zakupiłem go i już na drugi dzień było testowanie na autostradzie, a trzy tygodnie później wyprawa do Jeleniej Góry – bez żadnych awarii po drodze, jedynie gaźnik okazał się być mało przyjemny we współpracy, no i piątkę trzeba było mocno dociskać żeby weszła. Kilka miesięcy później trafił się na szrocie Polonez gaźnikowiec ze zdrowymi bebechami, pozyskałem więc z niego gaźnik, Caro pojechało na serwisy, jedna wymiana karburatora i grzebanina w skrzyni później wóz zaczął jeździć jak marzenie. Nadal po odpaleniu na zimnym potrafi chodzić nierówno, ale minuta-dwie i się stabilizuje. Spośród całej mojej floty właśnie ten Polonez jest moim najczęstszym wyborem jeśli trzeba gdzieś pojechać w trasę – może i nie jest tak wygodny jak Astra, ale dla mnie jazda nim to i tak czysta przyjemność.

Śmiganko autostradą – ten Polonez przede mną to diesel.


Pomimo sentymentu staram się jednak trzeźwo myśleć i jestem w stanie dostrzec niedoskonałości tego samochodu, zwłaszcza, że one w trasie naprawdę bywają upierdliwe: o ile zegary uważam za postęp, bo poświęcono estetykę na rzecz ergonomii, o tyle przełączniki w szerokim Caro to nieporozumienie. Zapomnijcie o konsoli środkowej, czas na przyciski poukrywane w całości za kierownicą. Fajnie, że są podświetlone, szkoda, że świecą przede wszystkim w wieniec i ramiona kierownicy, więc i tak nie są widoczne dla kierowcy, no chyba, że się wychyli albo skręci. Inny problem to fotele: guzik prawda, że one są lepiej wyprofilowane pod plecy, to są taborety pozbawione zalet – w wąskich Caro były perfekcyjne, bo w ogóle nie męczyły kręgosłupa i były mięciutkie, tutaj mamy twarde badziewie, na którym nie idzie usiedzieć dłużej niż 1,5-2 godziny. Na szczęście znajomemu trafił się komplet foteli z wąskiego Caro więc zostały one po prostu przełożone – od tamtej pory nie narzekam już na to w trasie. Nie jest to też egzemplarz całkowicie bezawaryjny, w końcu ma najechane prawie 200tys. km, więc co i rusz trzeba nim mimo wszystko zjeżdżać na warsztat, a to skrzynię doszczelnić, a to tylny most, na początku 2024 roku padły równocześnie rozrusznik i alternator, więc trzeba było je zregenerować, poza tym rzemieślniczy zbiornik paliwa to cholerstwo jakich mało – źle ukształtowany, bez komór przelewowych i ze źle wyprowadzoną rurą wlewową. Bez rzeźbienia założenie go w samochodzie jest niemożliwe, w dodatku rzemieślniczy wskaźnik poziomu paliwa pokazuje bardzo nieprecyzyjnie, a i odpowietrzenie jest źle wykonane, więc tankowanie trzeba uskuteczniać często z pistoletem wciśniętym tylko do połowy, inaczej potrafi od razu odbić, nierzadko oblewając benzyną. Co im szkodziło zrobić te zbiorniki w sposób prawidłowy, zwłaszcza, że wzorce leżały jeszcze niedawno na każdym szrocie?


Poza fotelami niewiele robiłem modyfikacji pod siebie w tym samochodzie – ot, stalowe felgi zastąpiłem popularnymi alufelgami OZ Ruote dedykowanymi do Caro, bo udało mi się je okazyjnie kupić od red. Sony Krokieta, no i założyłem współczesne radio JVC – chociaż w jednym samochodzie nie chciałem urządzać skansenu tylko mieć normalny zestaw audio do puszczania muzyki z pendrive’a, telefonu, albo płyt, zwłaszcza, że w maluchu i Trucku radia w ogóle nie mam. A, no i jeszcze udało się zakupić okazyjnie elektryczne szyby, więc sobie podniosłem w nim standard wyposażeniowy.
Co by tu jeszcze pochwalić? Wiem, bagażnik. Co prawda liczbowo to on nie robi może wrażenia, ale pamiętajmy, że pojemność bagola mierzy się tylko do linii okien, więc tutaj zdjęcie plastikowej półki dokłada kolejne litry pojemności. Inna sprawa, że raz zdarzyło się nim jechać we czwórkę z bagażami czterech osób i nie było najmniejszego problemu pomieścić tego wszystkiego wraz z narzędziami za tylną kanapą.
Dalsze plany co do niego? Dalej jeździć i nabijać kilometry. Może jakaś zagranica? W każdym razie nie przewiduję nim jeździć na zloty – wybrałem się nim parę razy i mija się z to z celem, bo co drugi Polonez wygląda niemal identycznie jak mój, Fiatem robi się jednak nieco większe zamieszanie gdziekolwiek się pojawi.

Na górce szybowcowej z widokiem na Jelenią Górę

I tak to wygląda moja historia z polskimi autami: jak widać łatwo się przywiązuję do samochodów i niechętnie się z nimi rozstaję. Czy żałuję, że tak siebie skazałem na jeżdżenie takimi dość przeciętnymi samochodami? To tak jak spytać zapalonego filatelistę czy żałuje, że kawał życia i pieniędzy poświęcił na kawałeczki papieru pociągnięte z tyłu klejem. Faktycznie dla kogoś z boku może to być niezrozumiałe, ale jak dla kogoś to jest pasja to nie baczy na takie rzeczy. Póki co uważam swoją flotę za optymalną dla mnie i nie przewiduję jakichś roszad, ewentualnie może sobie coś dokupię, żeby pobawić się kilka miesięcy i puścić dalej. Może jakiś Ford z Płońska? Albo Skoda z Poznania? A może nawet Cinquecento?

2 thoughts on “Całe życie z… Polakami, czyli spowiedź człowieka, który jeździ tylko autami wyprodukowanymi w Polsce.

  1. Kup Skodę Felicię z Poznania albo Opla/Buicka Cascadę a nie kur.de faja ciongnijpento -_-

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *