Wiecie po czym poznać ignorantów? Ano między innymi po tym, że zabierają głos w dyskusjach na tematy, o których nie mają zielonego pojęcia. Ewentualnie po tym, że sami zaczynają temat i tworzą takie kocopoły, że głowa mała. Przykładowo: przez lata wielu imbecyli natworzyło mnóstwo list najgorszych samochodów w historii motoryzacji. List, które nie mają najmniejszego sensu gdy się im przyjrzeć, bo wymieniane auta nijak mają się do miana najgorszych, a lądują w takich miejscach albo z powodu stereotypów, albo niedoboru wiedzy, albo zwyczajnie dlatego, że są powszechnie uważane za brzydkie. No bo faktycznie, jak auto robi przyzwoite przebiegi bez większych awarii, w dodatku jest wygodne i praktyczne, ale wygląda dziwnie to już na pewno jest śmietnikiem jeszcze gorszym od najgorszych wynalazków komunistycznych… Moim osobistym faworytem jest gamoń, który Opla Astrę F wrzucił do grona najgorszych aut w całej historii motoryzacji tylko dlatego, że ma mechanikę z poprzednika i wykończenie wnętrza słabej jakości – no litości.
No, ale nie przedłużając, oto lista:
10. Fiat Multipla
Fiat postanowił sobie wejść na rynek minivanów. Przy okazji zadał kłam wszystkim twierdzącym, że włoskie auta są zawsze prześliczne. Oprócz wątpliwej urody naprawdę ciężko jest powiedzieć cokolwiek złego o tym samochodzie… No o plastikach wnętrza wspomina się, że są kiepskiej jakości, no ale umówmy się: kto kupuje Fiata dla wysokiej jakości materiałów wykończenia kabiny? Wóz pojemny, pomieści spokojnie rodzinę i bagaże, ale też nie jest gigantyczną krową, więc i w mieście radzi sobie nie najgorzej. Deska rozdzielcza jest chyba jeszcze brzydsza od karoserii, ale… robi robotę, jest w miarę ergonomiczna, wszystkie przełączniki są w zasięgu wzroku i ręki. Do dziś da się to spotkać na drogach, taksówkarze chętnie tym jeździli przez całe lata, ale nieee, najgorszy wóz świata. Bo jest brzydki.

9. Yugo
Największą zbrodnią tego auta jest obecność na amerykańskim rynku. Nawet w latach 80., które były okropnym okresem w historii jankeskiej motoryzacji, jakikolwiek wynalazek tego kalibru był skazany na wyszydzenie. Już Fiaty nie miały najlepszych opinii w Stanach (pamiętajmy, że jest to rynek dość wymagający, na którym tylko naprawdę solidne i wygodne auta mogły odnieść sukces), dlatego ta marka ostatecznie się wycofała z tamtejszego rynku, a tutaj mamy Fiata po przygodzie z komunizmem. Oczywiście, Yugo ma swoje wady, np.: znajdźcie jakikolwiek schowek w kabinie: kieszeni brak, półek brak, wnęk praktycznie też, bo ta w desce jest albo bardzo płytka, albo w miejscu jej jest zaślepka z dużym napisem „Yugo”. Ale jak na standardy bloku wschodniego to był bardzo udany wóz: mały, a mimo to sporo pojemniejszy i bardziej cywilizowany od malucha, z sensownym napędem, o nienajgorszej estetyce zarówno karoserii jak i wnętrza, no i stosunkowo niezawodny. W dodatku to właśnie ten samochód był największym życiowym sukcesem Malcolma Bricklina – ekscentrycznego biznesmena, który w poprzednich latach był odpowiedzialny m.in. za import Subaru 360 do USA, czy powstanie bezpiecznego sportowego auta Bricklin SV-1. Tutaj zamiast sromotnej porażki było ponad 141 tysięcy sprzedanych sztuk, nie największa skala jak na amerykański rynek, ale i tak całkiem sporo. Tylko co z tego, skoro Amerykanie na zawsze go zapamiętali jako wynalazek powolny, ciasny i niesamowicie prymitywny. I umieszczanie biednego Yugo na tego typu listach jest efektem właśnie ichniejszej perspektywy – tak dalece różnej od naszej, wschodnioeuropejskiej. Dobrze, że nigdy nie doświadczyli wynalazków typu Zaporożec, Syrena czy maluch.

8. AMC Gremlin
Nadchodzą lata 70. Najwięksi amerykańscy producenci samochodów oferują kolejne pokolenie kompaktowych aut, bowiem poprzednie kompakty zdążyły urosnąć do standardowo amerykańskich niebotycznych rozmiarów. Wśród nich był samochód Vega proponowany przez Chevroleta – bardzo fajny z wyglądu i dobrze zapowiadający się (duże nadzieje z nim wiązał pracujący wtedy w GM John Delorean – tak, ten Delorean) choć kompletnie niedopracowany, czego skutkiem była bardzo wysoka awaryjność, szczególnie w pierwszych rocznikach, do tego stopnia, że nadszarpnęła wizerunek całej marki i dała ludziom jeden z powodów do rozglądania się za japońskimi lub europejskimi autami zamiast iść w kolejnego amerykańca. Kolejny wóz to Pinto od Forda – samochód lepszy, bo łączył w sobie atrakcyjny wygląd z przyzwoitą jakością wykonania i charakterem, z tym, że szybko wyszło na jaw, że przy uderzeniu go w tył wóz staje w płomieniach – powodem wadliwe umieszczenie zbiornika paliwa. Producent stwierdził, że bardziej mu się opłaca wypłacać odszkodowania ofiarom tego typu wypadków niż przerobić konstrukcję, aby uczynić ją bezpieczniejszą. Opinia publiczna była iście wzburzona, gdy sprawa wyszła na jaw. Tymczasem AMC zaoferowało model Gremlin. Może nie najładniejszy, ale prosty, pojemny, przyzwoicie wykonany, nienajgorzej wyposażony i nie uchodził za zawalidrogę. Serio, nawet osiągami nie odstawał od konkurencji. Wisienką na torcie była ekonomia: 3.3-litrowy 6-cylindrowy silnik przepalał wyraźnie mniejsze ilości paliwa od standardowych amerykańskich krążowników, co okazało się być dość istotne gdy tylko wybuchł kryzys paliwowy i reglamentacje benzyny w całym kraju. Wszystkie te czynniki sprawiły, że Gremlin sprzedawał się naprawdę dobrze, a gdy zakręcono kurki z paliwem stał się istnym bestsellerem, co było ogromnym osiągnięciem dla AMC pamiętając, że marka ta nie miała tak łatwo w życiu jak Ford, czy Chevrolet – inny budżet, inne możliwości. Tylko jakiś dziennikarzyna stwierdził ,że jemu akurat się on nie podoba, bo nie wiem, jest mały i brzydki, więc do wora z najgorszymi autami świata. Bo na przykład jest uciętym sedanem i wygląda nieproporcjonalnie z długim przodem i przyciętym tyłem z małym okienkiem i grubaśnym słupkiem c. Alfa Romeo zrobiła to samo tworząc model Brera i ją się chwali za zrobienie jednego z najpiękniejszych aut w dziejach… Niezbadane są wyroki prasy motoryzacyjnej.

7. Pontiac Aztek
Amerykańska Multipla. Nie przepadam za takimi przyrównaniami, ale nie jestem w stanie opisać tego lepiej. Wóz był wygodny, przyjemnie się prowadził, miał w sobie kilka różnych unikatowych smaczków jak na przykład demontowany element konsoli środkowej, który mógł służyć za lodówkę turystyczną, no wszystko fajnie, ale cała sprawa legła z gruzach z powodu designu. W dzisiejszych czasach przesytu agresywnie wyglądającymi suvami i crossoverami nie rzuca się on aż tak w oczy, ale w chwili debiutu, w 2001 roku, to był szok. Bob Lutz, który w tamtych czasach pracował w General Motors wspominał, że to mogło lepiej zażreć jako Chevrolet czy GMC, ale nie jako Pontiac, mimo, że ta marka miała już w swoim portfolio rodzinny wóz, czyli model Trans Sport, nie była to jednak awangarda na kołach. Po latach Aztek obrasta kultem z racji swojej brzydoty, dzięki której się wyróżnia, poza tym ludzie, którzy przekonali się do jego zakupu byli nim pozytywnie zaskoczeni, zagrał chyba jeszcze w jakimś filmie czy teledysku, nie wiem, tak tylko słyszałem. W każdym razie wóz sprawia wrażenie modelu, który pojawił się za wcześnie i dlatego się nie przyjął – w aktualne trendy wpasowałby się jak znalazł. Nie on pierwszy i nie ostatni, chociaż fakt, że zdarzali się dużo ładniejsi niezrozumiani pionierzy w motoryzacji jak np.: Chrysler Airflow. Dobre auto, jego obecność jest nie na miejscu w zestawieniach aut, które były niewygodnymi, niedopracowanymi i non stop psującymi się badziewiami.

6. Chevrolet Camaro „Iron Duke”
Lata osiemdziesiąte w amerykańskiej motoryzacji były do okolic 1986 roku niczym niekończący się koszmar – masa brzydkich, powolnych, byle jak wykonanych wynalazków, licencyjne kopie aut japońskich o skandalicznie niskiej jakości wykonania, farmazony typu nieotwierające się szyby w 4- i 5-drzwiowych samochodach platformy G General Motors jak w najbiedniejszych Škodach z silnikami z tyłu (klimatyzacja nie była w stanie rozwiązać problemu wentylacji czy chłodzenia tyłu kabiny) systemy emisyjne dławiące moc i znacznie komplikujące całokształt konstrukcji utrudniające różnorakie naprawy, pomyłki silnikowe takie jak diesel w układzie V5 (nie chciało działać), układy rozłączające dwa, bądź cztery cylindry w silnikach V8 celem oszczędności (również nie chciało działać, w dodatku były to jednostki Cadillaca, więc skandal był tym większy). I wśród tego wszystkiego pojawia się Camaro z 4-cylindrowym silnikiem Iron Duke o pojemności 2.3l i mocy ok. 90KM. Owszem, auto o sportowym zacięciu o tak marnej mocy jest śmiechem na sali, ale żeby z tego tylko jednego powodu wrzucać go do jednego worka z najgorszymi samochodami w historii ludzkości? Serio? Wśród tych wszystkich wyżej wymienionych grzechów ówczesnych amcarów ten jest serio tym najgorszym?

5. Trabant
Stosunkowo duża kabina jak na swoje gabaryty, rekordowo pojemny bagażnik, niesamowicie prosta, jednak solidna jak na swoje standardy konstrukcja, sympatyczny design, proszę państwa, oto jeden z najgorszych samochodów świata. Jeśli coś się sprawdza zarówno na papierze, jak i w praktyce to wiadomo, że to musi być badziewie. A tak teraz serio wiecie, co było największą zbrodnią Trabanta? Że produkowano go stanowczo za długo. Ja serio nie znajduję w nim żadnej innej winy, bo fakt posiadania silnika dwusuwowego zaliczam do wymienionej powyżej wady – w 1963 roku zaczynało powoli to odchodzić do lamusa, ale nawet na zachodzie produkowano jeszcze wtedy auta z takimi silnikami (Glas Goggomobil, DKW Munga, wszystkie ówczesne modele marki SAAB). Nadwozie z tworzyw? Nie dość, że nie korodowało to jeszcze pozwalało na osiąganie rewelacyjnych wyników w crash testach nawet w latach 90. Gdyby zbyt długi cykl produkcyjny był faktycznie wadą sprawiającą, że dane auto należy zaliczyć do najgorszych na świecie oznaczałoby to wrzucenie do tego grona również Citroena 2CV, Renault 4, Mini, czy VW Garbusa. Absurd, prawda? Jeśli chcecie już serio jakieś auto z NRD do takiego rankingu to polecam AWZ P70 – poprzednik Trampka nafaszerowany wadami wieku szczenięcego, z awaryjnym osprzętem silnika, w dodatku bez klapy bagażnika i z karoserią, której konstrukcja nie była stalowa, lecz drewniana – nie bez powodu te auta wyginęły w rekordowym tempie.

4. Peel Trident
Ot, zwykły mikrosamochód, z którym nikt by nie miał problemu, gdyby zadebiutował te 10 lat wcześniej, ale niestety, pojawił się na rynku już w latach 60. Gdy Europa odbiła się od gospodarczego dna i nie było już zapotrzebowania na takie auta. Zresztą był to wóz przyszykowany do spełniania pewnych konkretnych celów – do jazdy krótkodystansowej po mieście i z tego zadania wywiązywał się nie najgorzej, schody zaczynały się, gdy próbowano nim dalszych wypraw, pod które nie został on stworzony. Nie był on jakimś wielce tragicznym samochodem, którego eksploatacja uwłaczała ludzkiej godności – po prostu kompletnie nie trafił w swój czas debiutując zbyt późno.

3. Subaru 360
Najzwyklejszy w świecie reprezentant tzw. kei-cars, czyli japońskich mikrosamochodzików wytwarzanych zgodnie z normami prawnymi zezwalającymi na produkcję pojazdów o gabarytach 3 x 1m i pojemności silnika maksimum 360ccm, co dawało pewne ulgi fiskalne ich właścicielom. Mało tego, był to pierwszy masowo produkowany kei-car w historii tego segmentu. Wcześniejsze modele od Suzuki, czy Nissana były jedynie ciekawostkami produkowanymi w ilościach od kilkudziesięciu do tysiąca sztuk, co przy 392 000 egzemplarzach małego Subaru wydaje się być wręcz niezauważalne. Samochodzik był wytwarzany oprócz wersji podstawowej również jako kombi, doczekał się także wariantu sportowego (model Young SS rozwijający niewiarygodne 36KM z 360ccm, czyli 100 koni na litr). Skąd więc negatywna opinia? Podobnie jak Yugo, również ten uroczy samochodzik był eksportowany do USA i to nawet przez tego samego człowieka – ekscentryka Malcolma Bricklina, który stwierdził, że to rewelacyjny pomysł usłyszawszy, że samochody ważące poniżej 1000 funtów nie muszą spełniać amerykańskich norm bezpieczeństwa. Fachowa prasa branżowa oceniła ten wóz jako najniebezpieczniejsze auto Ameryki, osiągi pozostawiały wiele do życzenia, podobnie średnie spalanie, zresztą mówimy tu o sprzedawaniu samochodu będącego ułamkiem malucha w kraju, gdzie za kilka pensji szło się do salonu i kupowało 5-metrowego Chevroleta z V8, klimatyzacją i automatyczną skrzynią biegów. Bądźmy poważni.

2. Reliant Robin
Zaskakująco dużo pozytywnych opinii widziałem, czytałem i słyszałem na temat tego auta. Nie muszę się zresztą ograniczać tylko do modelu Robin, bo sprawa dotyczy wszystkich trójkołowców od Relianta. Jak na samochody angielskie z tamtej epoki były one zaskakująco dobrze wykonane (producent pewnie nie miał takiego piekła ze strajkami jak więksi gracze pokroju BLMC, czy Rootes), no i prowadziły się całkiem pewnie w każdych warunkach, a mówimy tu o samochodach na trzech kołach zdolnych rozwinąć nawet 130km/h i więcej. Czemu są więc one wrzucane do worka z najgorszymi autami świata? Bo są trójkołowcami. Bo wyglądają niepoważnie. Bo Top Gear kiedyś zrobił odcinek, w którym Clarkson próbował jeździć takim Reliantem i wywracał się on na każdym możliwym zakręcie. O tym, że ten samochodzik został specjalnie przerobiony na potrzeby programu każdy „ekspert” milczy, a wystarczy włączyć sobie jakikolwiek test tego autka z epoki, żeby przekonać się, że one były naprawdę bardzo stabilne. Poza tym nie były to pierwsze angielskie samochody pozbawione czwartego koła – specyfika tamtejszych przepisów i ulg, były za to bodaj ostatnimi, bo produkowano je bardzo długo, aż do XXI wieku robiąc im przy okazji kuracje odmładzające a la Caro Plus. A, no i miały jeszcze jedną wadę w postaci nadwozia z tworzyw sztucznych – nie były one złe same w sobie, ale właściciel nierzadko dowiadywał się o skorodowaniu znaczących elementów, gdy było już za późno. W dodatku każdy, kto ma choćby minimalne pojęcie o realiach brytyjskiej motoryzacji po 1960 roku ten dobrze wie, że w złych samochodach można tam przebierać bez liku – chyba już lepiej jeździć trójkołowym Reliantem niż mieć Austina Allegro, który na gwarancji ma wymieniany już po raz trzeci silnik, po raz piąty skrzynię biegów i po raz drugi całą instalację elektryczną, a koniec końców nadal pozostaje kontrowersyjnie wyglądającym dziwolągiem z silnikiem z lat 40.

1. FSO Polonez
Całość zakończę naszym dobrem narodowym, bo również ono trafia do takich rankingów dość regularnie zarówno w kraju, jak i za granicą. Czy Polonez jest dobrym i udanym samochodem? Serce chciałoby odpowiedzieć twierdząco, lecz fakty są takie, że daleko mu było do doskonałości – przestarzałe podwozie i silniki oraz niska jakość wykonania zrobiły swoje w szarganiu dobrego imienia tego modelu. Design to kwestia gustu, moim zdaniem pierwsze wydanie Poloneza jak najbardziej może się podobać – nie było jeszcze tak niespójne i ociężałe optycznie jak Caro, Giugiaro chyba jednak nie był pod wpływem absyntu rysując kształty tego auta. A teraz czy Polonez jest aż tak zły, żeby umieszczać go w rankingu najgorszych samochodów w całej historii motoryzacji na całym świecie? Przypominam sobie w tym momencie o tych wszystkich wynalazkach z Trzeciego Świata jeszcze bardziej przestarzałych i gorzej wykonanych jak indyjski Hindustan Ambassador, oraz Premier Padmini, irański IKCO Paykan, wszelkiej maści chińskich kopiach aut zachodnich, które były koślawe, z bezawaryjnością nie miały nic wspólnego, w dodatku przy byle uderzeniu składały się jak domek z kart. Bardziej przyziemne przykłady z naszego kontynentu? Zaporożce, które za głębokiej komuny cierpiały na niski popyt, bo uchodziły za wybitne dziadostwo, które potrafiło spalić swoich kierowców żywcem przez wadliwe webasto, ewentualnie złamać łamaną kolumnę kierownicy w czasie jazdy. Dacie wytwarzane na podobnej zasadzie jak 125p u nas z tym, że jeszcze gorzej wykonane i jeszcze bardziej awaryjne, w dodatku odświeżane z pogwałceniem jakichkolwiek zasad estetyki (i jeszcze dłużej produkowane, bo aż do XXI wieku). Oltcity, które nie były w stanie przeżyć nawet kilku lat – w Polsce pojawiły się one i zniknęły w latach 90. Po 2000 roku ich już nie widywano, takie to dobre wozy były. Syreny nikomu przedstawiać chyba nie muszę. No i moje ulubione AWZ P70, nad którym już nieraz się wyżywałem – najgorszy samochód w historii bloku wschodniego i jeden z faktycznie najgorszych na świecie. W takim gronie nasz stary „dobry” Poldek nie wygląda już tak źle. Rewelacyjnie też nie. Można powiedzieć, że był średni. Fakt, że był przestarzały, toporny, ociężały, robiony byle jak przez byle kogo z byle czego i napędzany zbyt słabymi silnikami, ale nie był jeszcze taki najgorszy. Był stosunkowo duży, pakowny, wygodny, bezpieczny, jego zawieszenie dobrze znosiło nasze dziurawe drogi, a i z awaryjnością różnie bywało. Z dwojga złego wolę latać Polonezem niż Zaporożcem czy Dacią 1310.

