Toyota Camry V20, czyli krótka historia o tym, jak stałem się właścicielem 38-letniego daily.

Camry V20-historia zakupu

UWAGA! We wstępie porównuję Forda Sierrę do Toyoty Camry. Wiem, że to samochody z różnych segmentów, jednak jest to tylko bardzo amatorskie porównanie mojego aktualnego i poprzedniego daily

Na początek chciałem się przywitać. Dzień dobry. No to do rzeczy.

Gdy mój poprzedni dupowóz, czyli gaźnikowa Sierra z 1988r zaczął niedomagać, zacząłem rozglądać się za czymś nowym. Byłem znudzony brakiem jakiegokolwiek wyposażenia (wersja CL, czyli korbotronik, brak wspomagania i regulacji kierownicy) oraz brakiem osiągów. Do codziennego toczenia się po mieście Sierra była nawet okej, ale gdy trzeba było ruszyć w trasę wyczuwalne było to, że silnik się męczy. W dodatku prędkość przelotowa 100-110km/h na trasie nie zachęcała do dłuższych wycieczek, a problemy z gaźnikiem dodatkowo obrzydziły mi ten wóz. Podjąłem więc decyzję o sprzedaży ściery i zakupie czegoś innego. Recenzję ściery być może napiszę kiedy indziej.

Moja ex ścierucha
Moja ex ścierucha.

Kryteria były jasne: sedan z lat 80/wczesnych 90, benzyna bez gazu (gaz jest do kuchenek), wóz dość trwały i możliwie bezawaryjny (jak na 30-35 letni oczywiście), budżet: do 20 tys zł (złe decyzje finansowe to moja specjalność). Marka nie grała większej roli, aczkolwiek nie chciałem iść w Mercedesa, bo na zlotach tych wozów jest pełno i wygląda to jak postój taksówek pod pałacem kultury w 95, w BMW bo ceny części by mnie przerosły, ani w polskie wytwory, bo cenię sobie ergonomię i kulturę obsługi.

Jak wyleczyłem się z dwieścieczterdziestki

Marzyło mi się Volvo 240. Kanciaste linie, prosty i niezawodny Czerwonyblok, lata 80 pełnym ryjem. Obejrzałem 3 sztuki. Białego sedana w Wielkopolsce – nie działały kierunkowskazy, progi i podwozie amatorsko zawalone biteksem, wszechobecne rdzawki, odpada. Następne było granatowe kombi na żółtych blachach, jeśli dobrze pamiętam w okolicach Mińska Maz. Podjeżdżamy pod blok i zaczynamy oglądać. Progi i nadkola do roboty, brakujące listwy ozdobne, stan lakieru mocno dyskusyjny. Piszę do sprzedającego, że nawet nie musi do nas wychodzić. Trzecia próba (spoiler – ostatnia). Znów biały sedan, tym razem pod niemiecką granicą. Wycieczka na cały dzień, no ale cena i zdjęcia zachęcały. Niestety, w świetle dnia dobrze widać, że prawy przód był amatorsko naprawiany po przygodzie w Niemczech, dodatkowo słaby stan zachowania wnętrza ostatecznie zniechęciły mnie do poszukiwania 240.

Znaleźć niezgnite 240 w dobrych pieniądzach to jak wygrać w totka.

To może Scorpio?

Znajomy fordziarz zaproponował Scorpio MK2, jego znajomy sprzedawał takie z V6 w full opcji w akceptowalnej cenie i co ważne – pod Warszawą, czyli blisko. Ponoć jedyną wadą było to, że silnik się grzeje (prawdopodobnie termostat do wymiany). Cała akcja została skrzętnie zaplanowana – jedziemy, wymieniamy termostat i jeśli przestanie się grzać to ładujemy na lawetę i heja do domu. Niestety, okazało się, że układ chłodniczy jest nieszczelny, więc cały płyn, który wlaliśmy rozlał się wesoło na kostkę, a akurat nie mieliśmy pod ręką nowych przewodów chłodniczych do Scorpio, więc odpuściłem temat.

To nie to, ale było bardzo podobne.

Finał poszukiwań, czyli uderzam w Japonię.

Po zrobieniu ponad 1500 kilometrów w poszukiwaniu nowego auta podjąłem ostatnią próbę. I tu przechodzimy do klu całej opowieści.

Przybliżona mapa moich podróży za gratem, wszystko w odstępie około 3 tygodni. Jeśli nic nie pominąłem.

W ogłoszeniach pojawiła się biała Toyota Camry. 2.0 EFi, rocznik 1987. Klasyczny sedan z niebieskim wnętrzem (uwielbiam kolorowe wnętrza) i przebiegiem 104 tys km. Cena nieco powyżej budżetu, ale nie jest to model poszukiwany, znaczy są szanse na znaczne stargowanie ceny. Padła szybka decyzja – spróbujmy. Weekend i wycieczka do Wielkopolskiego na oględziny. Na miejscu okazało się, że wóz jak na 40-letnią Toyotę jest w zaskakująco dobrym stanie blacharskim (zaznaczam, JAK NA TOYOTĘ). Miał kilka mankamentów: nie działało podnoszenie szyby prawy tył, wypalone żarówki świateł postojowych z przodu, niedziałający wskaźnik poziomu paliwa i jakieś pierdółki. Później okazało się również, że ciekną przewody hamulcowe z przodu, lecz to wyszło już po zakupie. Pojechaliśmy na przejażdżkę. Dla osoby z krótkim stażem motoryzacyjnym (czyli mnie) pierwszy kontakt ze starą Toyotą zrobił bardzo dobre wrażenie. Wszystko działa z lekkim oporem i charakterystycznym „kliknięciem”, ma się wrażenie jakby ten wóz wyjechał wczoraj z fabryki. Wnętrze jest utrzymane w stanie, który oceniłbym 9/10 – lekkie przetarcie na fotelu kierowcy i dziurka w kanapie, najpewniej od szluga. Reszta nienaganna. No i ten niebieski środek <333. Kłuje w oczy jedynie nieoryginalne radio i przykręcone do deski „coś” – najpewniej uchwyt, ale do czego? To wie tylko któryś z poprzednich właścicieli.

Szybka decyzja

Mimo tych drobnych wad wóz zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Podjęliśmy się więc negocjacji ceny, która wywiązała się w półgodzinną rozmowę na temat starej motoryzacji i rynku aut zabytkowych xD. Koniec końców cenę udało się stargować do akceptowalnej dla mnie, podpisaliśmy dokumenty i tak stałem się posiadaczem tego oto wehikułu.

Powrót do domu po udanej transakcji.

Teraz krótka wzmianka o historii tego egzemplarza. Został zakupiony jako nowy w Niemczech, w 1987 roku, najprawdopodobniej w salonie Toyoty w Passau. Od co najmniej 2003 roku użytkował ją pewien dżentelmen o imieniu HELMUT. Przez 37 lat nakręciła przebieg zaledwie 104 tys km (sprawdzałem w raporcie, przebieg jest oryginalny). Następnie wóz został odkupiony i przywieziony do Polski jedynie w celu „kupić tanio, sprzedać drogo”. Zanabył ją następnie pewien miłośnik starych terenówek, u którego wóz kurzył się głównie w garażu. A potem kupiłem go ja.

Finał

I tak ta historia, która rozpoczęła się w lipcu mijającego już roku 2025 trwa do dzisiaj. Nie chcę się tu za bardzo rozwodzić o moim nowym dupowozo-klasyczko-youngtimero-daily, gdyż w planach jest cała recenzja Camry. Proszę ten wpis potraktować jako zapowiedź bardziej obszernego, który pojawi się nie wiem kiedy. Powiem tylko że Camry to całkiem wygodny i przyjazny użytkownikowi wóz. W porównaniu z moim poprzednim daily, Toyota to statek kosmiczny. Mimo swoich wad, nie żałuję zakupu i póki co nie planuję zmiany fury. Zobaczymy jak długo wytrzymam ( ͡° ͜ʖ ͡°).

4 thoughts on “Toyota Camry V20, czyli krótka historia o tym, jak stałem się właścicielem 38-letniego daily.

  1. Miałem dokładnie taką samą drogę ewolucji, z Sierry do Camry. 😀 Powiem tak – ściera jest bardziej prymitywna w obyciu i gorzej wykonana i to jednak czuć. Taki trochę lepszy zachodni polonez. Toyota jest bardziej wyrafinowana i współczesna w odbiorze. Za to ścierra ze względu na swoją prostotę, okazuje się po latach mało problematycznym wozem, który nie wyciąga kasy z kieszeni. Np. nigdy w sierrze nie musiałem wymieniać czegokolwiek w zawieszeniu z tyłu, albo przewodów hamulcowych. Remont przedniego zawieszenia to jakieś śmieszne grosze. Silnik? Pasują części z Transita. xD A camry? To świetny wóz, który trudno zabić ale po latach wymaga zazwyczaj więcej uwagi i złotówek, bo ze względu na „bardzo dobrą jakość jazdy” czuć każde niedomaganie, a części trzeba szukać niczym archeolog:)

    1. Bardzo trafne spostrzeżenia, sam mam podobne odczucia. Dodatkowo moja ściera była strasznym mułem plus ciągłe problemy z gaźnikiem sprawiły, że drugi raz bym jej nie kupił. Trzeba mieć na uwadze, że te auta mają po 40 lat i każde ma już swoje bolączki. No, ale graciarstwo nie jest dla każdego.

  2. Zawsze mnie to fascynowało: „Po zrobieniu ponad 1500 kilometrów w poszukiwaniu…” potem ktoś przejedzie 5tys km aby kupić grata za 1500…. no ale to wasz czas i kasa.

    1. Nooo, tak. Mój czas i moja kasa. Więc trochę nie wiem po co ten komentarz xD. (bez urazy oczywiście). A Camry kosztowała trochę więcej niż 1500 zł. Pozdro

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *