Co roku jeździmy graciarską ekipą na majówkę w różne miejsca naszego pięknego kraju – w tym roku nie mogłem im towarzyszyć z powodu pracy, a gdy dostałem wreszcie parę dni upragnionego wolnego to postanowiłem samotnie wyruszyć w jeden z bardziej malowniczych zakątków Polski – jeden z kumpli polecił mi okolice Białowieskiego Parku Narodowego, tak więc załatwiłem tam sobie kilka dni noclegu i ruszyłem w drogę!
Jako, że mieszkam ledwie ok. 200 kilometrów od rzeczonego Parku to nie spieszyłem się z dojechaniem na miejsce jak najwcześniej, zwłaszcza, że w wynajętym pokoju mogłem zameldować się dopiero po 16:30, w dodatku musiałem jeszcze przed południem dopiąć ostatnie guziki związane z robotą, dlatego wystartowałem sobie na spokojnie po godzinie 15 – na miejsce dotarłem w nieco ponad 3 godziny robiąc trasę na przysłowiowego strzała. Do Siemiatycz jeszcze towarzyszył mi typowy polski powiatowy klimat małych miasteczek, zaś dalej zaczęło się typowe piękno Podlasia, czyli wsie z drewnianymi domkami, oraz mieszanka pól i lasów, którymi można nagniatać do woli z racji małego ruchu (w granicach prawa i rozsądku oczywiście). Autostrad i ekspresówek po drodze niet, więc byłem skazany na krajówki i drogi powiatowe, do których mam szczerze mówiąc mieszane uczucia, ale o tym później.

Zameldowawszy się wieczorem na miejscu postanowiłem jeszcze wykorzystać końcówkę wyjątkowo pogodnego i ciepłego poniedziałku i poszedłem na spacer po malowniczej Białowieży. Dzięki niemu wiedziałem już gdzie mniej więcej znajdują się okoliczne restauracje, oraz atrakcje turystyczne, które odwiedziłem w kolejnych dniach.



We wtorek początkowo próbowałem pokonywać szlaki na własną rękę, ale oprócz miejsca-pamiątki po carskich polowaniach z posągiem żubra nie byłem w stanie znaleźć nic ciekawego, więc udałem się do informacji turystycznej w lesie między Hajnówką a Białowieżą zasięgnąć informacji o lokalnych ścieżkach leśnych i atrakcjach i zaopatrzony w mapy, informatory, oraz potrzebną wiedzę udałem się do północnej części Białowieskiego Parku Narodowego w okolicach wsi Stare Masiewo. Tam, zaparkowawszy wóz, udałem się na pierwszy pieszy szlak o nazwie „Wokół uroczyska Głuszec” mającego 5,5km i sąsiadującego z zimową ostoją żubrów przy samej granicy z Białorusią, oraz opuszczonym cmentarzem ewangelickim – jedyną pozostałością po wsi Czoło, która się tam znajdowała i była osadą niemiecką. Trasę tę polecam wszystkim spragnionym ucieczki od cywilizacji – co prawda tu i ówdzie widać pozostałości po działalności człowieka, ale przede wszystkim jest to miejsce z dala od ludzkiego zgiełku – brak w okolicy ruchliwych ulic, a i innych turystów za bardzo nie widziałem, jedyne dźwięki, jakie nam towarzyszą to szum drzew i śpiew ptaków, których tam nie brakuje, zarówno w ilości, jak i różnorodności gatunków, a kolorystycznie dominuje zieleń w przeróżnych odcieniach. Punktem kulminacyjnym szlaku jest ekspozycja kolejki wąskotorowej – kolejnej pozostałości po Niemcach, którzy za jej pomocą wywozili ścięte drzewa na dalszą obróbkę przemysłową. Obecnie jest tu tylko stara lokomotywa, kilka wózków i wagoników, oraz drewniany budyneczek dworcowy. Ponoć kolejka jest czynna i wozi turystów, choć nie wiem czy faktycznie tak jest – wszystko wygląda raczej na zastane. Dalej miałem wybór – czy iść dalej „Wilczym Szlakiem” czy wracać – wybrałem tę drugą opcję z racji nadchodzącej burzy i obiecując sobie, że tu jeszcze wrócę.








Wsiadłem więc do samochodu i wróciłem do Białowieży szosą zwaną „Narewkowską Drogą” biorącą swą nazwę od miejscowości Narewka, która to pochodzi od tak samo nazwanej rzeki – droga ta idzie przez las i jest dość wąska w wielu miejscach, więc do najbezpieczniejszych nie należy, ale skutecznie skraca czas przejazdu między Narewką a Białowieżą, bo nie trzeba jechać aż do Hajnówki.

Na miejscu chciałem z racji deszczu spędzić czas w muzeum Białowieskiego Parku Narodowego, z tym, że było już po godzinie 15, a więc na godzinę przed zamknięciem, więc zostałem odprawiony z kwitkiem, ale cóż, muzeum to jest ulokowane w budynku dyrekcji owego Parku, który zaś stoi w tzw. Parku Pałacowym, który okazał się być parkiem gigantycznym, bo aż 50-hektarowym i obfitym w różne atrakcje – deszcz powoli ustępował, więc wiedziałem już co będę dalej robił. Sam park jest kolejną pamiątką po czasach carskich, stworzony na miejscu myśliwskich rezydencji królów polskich z inicjatywy Aleksandra III Romanowa, który sam zapragnął mieć porządną siedzibę do urządzania polowań na terenie puszczy. Efekt? Mnóstwo zabudowań dla służby, czy gości, ale przede wszystkim ogromny pałac zbudowany pod koniec XIX wieku otoczony parkiem zaprojektowanym przez Waleriana Kronenberga uchodzącego w naszej części Europy za jednego z największych specjalistów w dziedzinie hodowli roślin i tworzenia parków. Inne jego dzieła możemy podziwiać m.in. w Zamościu, Czesławicach, czy Warszawie. Tutaj stworzył on dzieło naturalistyczne, a więc udające środowisko naturalne nietknięte ręką człowieka, ale obfitujące w rośliny z kilku kontynentów w różnych egzotycznych gatunkach. Nie brak w nim również elementów zastanych przez twórcę jak np. wzgórze z dębami, które rosną zresztą do dziś, a pamiętają czasy Sasów. Z okien pałacowych widać było najdalsze zakątki parku dzięki poprowadzeniu w jego osi dwóch wielkich łąk dzielących całość jakby na pół, ale nie symetrycznie, dzięki czemu widok z obecnej siedziby dyrekcji Parku zapiera dech w piersiach.





Sam pałac niestety, nie zachował się – jego wyposażenie zostało wywiezione przez Rosjan w 1915 roku z powodu wojny, a podczas wojny następnej został on w dużym stopniu zniszczony. Co prawda jak najbardziej nadawał się do odbudowy, jednak postanowiono zburzyć jego pozostałości i w jego miejscu postawić nowoczesny budynek usługowo-hotelowy, który stoi do dziś, obecnie nie przypominający nawet swojej pierwotnej formy, gdyż już w obecnym stuleciu został znacznie rozbudowany i zmodernizowany – w porównaniu z pałacem carskim z pięknem ten budynek nie ma nic wspólnego, ale cóż, czasu i pewnych decyzji nie cofniemy. Przynajmniej większość budynków satelickich stoi do dziś – brakuje tylko Domu Świckiego, który spłonął na początku lat 60. I również został zastąpiony nowoczesnym obiektem, tzw. Domem Myśliwskim.

Pod koniec dnia udałem się jeszcze na małą objazdówkę po samej Białowieży szukając atrakcji na kolejne dni i po drodze zastałem były dworzec kolejowy Białowieża Towarowa, a przy nim drezyny rowerowe czynne jak najbardziej do dziś, ekspozycję zabytkowych lokomotyw spalinowych i wagonów z zeszłego stulecia, oraz sam budynek dworca, w którym urządzona jest obecnie elegancka restauracja „Carska”. Pozostałe budynki wokół z tego co zrozumiałem, służą za domki noclegowe do wynajęcia i do nich zalicza się nawet mała wieża ciśnień ulokowana przy samym peronie!





Środę rozpocząłem od swoistego podładowania się dobrą energią w tajemniczym zakątku Puszczy znanym jako Miejsce Mocy. W jego okolicę da się dojechać autem, jednak ostatnie setki metrów musimy już pokonać na piechotę. Bądź dojechać wspomnianą wcześniej drezyną rowerową. Lokalizacja ta jest pozostałością po miejscu kultów pogańskich Słowian, jego serce tworzy krąg głazów narzutowych, a wokoło rosną nietypowo wyglądające drzewa, np.: wyrastające po kilka sztuk z jednego pnia – stąd wierzy się, że panuje tu tajemnicza prastara energia. Zresztą prastarej słowiańskiej energii w całej Puszczy Białowieskiej jest bez liku: pamiętajmy, że nasi przodkowie traktowali drzewa jako obiekty kultu.





Naładowawszy się pozytywnie na cały pogodny dzień wyruszyłem do Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Na miejscu zastałem kilka straganów, z pamiątkami z parku, oraz nalewkami, czy miodami w różnych gatunkach i smakach, a sam rezerwat? Swoiste podlaskie zoo z lokalną zwierzyną i paroma ciekawostkami przyrodniczymi. Spacer zaczynaliśmy od wybiegu dla rysia, który spał sobie wygrzewając się w słońcu, następne były wilki. Nie było ich łatwo początkowo wypatrzeć, dopóki jeden z nich nie zaczął bawić się swoją zabawką jak typowy pies. Następny przystanek: samice jelenia, czyli łanie. Pomimo wybiegu dużych rozmiarów było je widać jak na dłoni, bo kilka z nich jadło sobie trawę pod samym ogrodzeniem, a obok nich umiejscowiony jest teren władców Puszczy Białowieskiej, czyli żubrów. W rezerwacie jest ich pokaźna gromada w różnym wieku zarówno samic jak i samców. Ich widok faktycznie budzi respekt zważywszy na fakt jak mocno był to wytępiony gatunek jeszcze te 100 lat temu i ile pracy włożono, żeby go odtworzyć. Następne w kolejce jest rodzeństwo żubroni, czyli sztucznie stworzonej hybrydy żubra i bydła hodowlanego. Unikaty, bo mało ich stworzono, a samce są niepłodne, więc wszystkie ich okazy są dziełem człowieka i sztuki sztucznej inseminacji. Kolejne zwierzątka to klasyka polskich lasów, czyli łoś, dziki i sarny. Gdzieś po drodze był jeszcze żbik, ale prawdopodobnie spał sobie gdzieś na tyłach wybiegu, bo nie dane mi było go zobaczyć.








Po spotkaniu ze zwierzątkami ruszyłem na położony nieopodal szlak znany jako „Żebra żubra” – jeden z najstarszych tu szlaków, stworzony pod koniec lat 70. i składający się w dużej mierze z kładek nad terenami podmokłymi i to właśnie owe kładki były inspiracją dla żeber w nazwie. Całość nie jest zbyt długa, ale pouczająca dla wszystkich zainteresowanych różnorodnością flory na białowieskich mokradłach.



Koniec owej ścieżki znajduje się na obrzeżach Białowieży w pobliżu ulicy Zastawa, przy której ulokowany jest Skansen architektury dawnej ludności Podlasia, czyli mój następny przystanek na trasie. Jego twórcami byli studenci z Anatolem Odzijewiczem na czele, którzy w 1978 roku zakupili przedwojenny wiatrak typu koźlak z okolic Bielska Podlaskiego i którzy od tamtej pory sukcesywnie budowali rekonstrukcję dawnej wioski na ziemiach przedwojennej wsi Kropiwnik. Obecnie skansen tworzy kilka drewnianych chałup z końca XIX i początków XX wieku, dwie stodoły, dwa wiatraki, warsztat, i kilka innych budynków, oczywiście w pełni wyposażonych w przedmioty z tamtej epoki, oraz jedyny budynek współczesny: kaplica prawosławna zbudowana w 1998 roku i będąca repliką XVIII-wiecznej budowli z Nowego Berezowa. Tam też przekonałem się, że okoliczni mieszkańcy nie zapominają o swoich wschodnich korzeniach. Wielu tubylców to Rusini z pochodzenia, niektórzy z nich są nawet potomkami żołnierzy Armii Czerwonej, dlatego w tamtych okolicach normą jest świętowanie 9 maja rocznicy zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Także „wschodniość” tych rejonów bynajmniej nie kończy się na prawosławiu i kuchni.




Późniejsze popołudnie upłynęło mi na dalszym zwiedzaniu Białowieży pod kątem miejsc, których jeszcze nie odwiedziłem wcześniej w Parku Pałacowym i wokół niego. Wrażenie zrobił na mnie przede wszystkim Dworek Gubernatora, czyli najstarszy budynek w okolicy pochodzący z 1845 roku, oraz obelisk postawiony nieopodal. Upamiętnia on polowanie króla Augusta III Sasa z września 1752 roku. Pozostaje tylko wyobrazić sobie jak wielkie musiało to być polowanie i jak hucznie się odbywało świętowanie po jego zakończeniu, skoro aż na jego pamiątkę postawiono pomnik przypominający o nim nawet setki lat później.


Później dokończyłem sobie zwiedzanie Parku Pałacowego korzystając z dużo lepszej pogody od dnia poprzedniego dochodząc do jego granicy z Rezerwatem Ścisłym, gdzie turyści mogą wejść tylko i wyłącznie pod nadzorem licencjonowanego przewodnika PTTK. Z racji późnej pory nie miałem nawet co myśleć o jego zaliczeniu tego dnia, za to mogłem sobie do woli podziwiać zachód słońca nad okolicznymi polami i łąkami między Parkiem a Rezerwatem – widok moim zdaniem przepiękny.




W czwartek miałem pewne plany związane ze zwiedzaniem okolicy, ale pogoda przerosła moje najśmielsze oczekiwania (gorąco i słonecznie – praktycznie bez chmur), więc postanowiłem wrócić do Parku Narodowego i przejść Wilczy Szlak, którego nie udało mi się zaliczyć we wtorek. Zatrzymawszy się po drodze przy wieży widokowej zajechałem na miejsce. Dłuższy poranny spacer po lesie z dala od ludzkiej cywilizacji to coś co polecam każdemu doświadczyć przynajmniej raz w życiu.





Resztę dnia zaś poświęciłem na dłuższy spacer po całej Białowieży – jest co podziwiać w podlaskich miejscowościach przy głównych drogach: wszystkie domy niby podobne, a jednak zupełnie od siebie inne dzięki różnorodnemu zdobnictwu i kolorystyce. Tak na marginesie: mimo, że Podlasie nazywane jest czasem „Krainą otwartych okiennic” to obecnie wiele domów już od dawna obywa się bez nich dzięki żaluzjom i roletom. W zamian są bogate wzory na narożnikach budynków, oraz wokół okien.





Spacerując tak sobie i kontemplując podlaską architekturę trafiłem do drugiego dużego parku w Białowieży, czyli Parku Dyrekcyjnego. Pomimo tej samej epoki i tego samego twórcy nie robi on nawet w dziesiątej części takiego wrażenia jak jego pałacowy odpowiednik. Jest dużo mniejszy i znacznie bardziej zmodyfikowany na przestrzeni lat głównie ze względu na pobudowane tam technikum leśne oddane do użytku w 1968 roku (gratka dla koneserów szkół „tysiąclatek”) oraz umieszczony nieopodal równie współczesny internat. Z historycznych budynków najważniejszy jest ten, od którego pochodzi nazwa całości, czyli przedwojenna siedziba Okręgowej Dyrekcji Lasów Państwowych, obecnie należący do Instytutu Badawczego Leśnictwa, a który pierwotnie służył za budynek Zarządu Apanażowego. W innej części Parku Niemcy urządzili mały cmentarz wojskowy dla poległych w czasie I wojny światowej. Obecnie ma on znaczenie czysto symboliczne, bowiem ciała żołnierzy dawno temu ekshumowano i wywieziono do Niemiec.


Co do Rezerwatu Ścisłego to nie dane mi było go zwiedzić – w pojedynkę jest to zwyczajnie nieopłacalne, lepiej sobie zorganizować wyprawę grupową: rozłożenie kosztów dla 5-10 osób wypada znacznie korzystniej niż samemu wybulić 400 złotych na spacer w pojedynkę z przewodnikiem. Za to wieczorem przespacerowałem się jeszcze do pomnika wyznaczającego geometryczne centrum Puszczy Białowieskiej znajdujące się przy ulicy Krzyże na wlocie do Białowieży od strony Hajnówki. Jest to duży głaz narzutowy na sześciennym cokole, na którym dawniej umieszczone były cztery tablice z informacją o tym co on symbolizuje, oraz nazwiskami darczyńców. Niestety, wszystkie one zostały skradzione pod koniec lat 90. i obecnie umieszczone są na nim cztery kopie tablicy umieszczonej na froncie.





Piątek to już pożegnanie z Białowieżą, ale nie z Podlasiem: miałem sprytny plan objechania okolicy korzystając z całego dnia – być na Podlasiu Polonezem i nie odbyć pielgrzymki do Królowego Mostu to się zwyczajnie nie godzi – w końcu w filmach z serii „U Pana Boga…” był to podstawowy środek transportu lokalnej policji z komendantem na czele, którym jeździł kilkoma różnymi egzemplarzami szerokiego Caro. Niestety, jako że utknąłem gdzieś w poprzedniej epoce to nie jeżdżę z nawigacją, więc było to mniej przyjemne niż się spodziewałem: droga z Narewki na miejsce jest w remoncie, więc trzeba było jechać objazdami, ostatecznie pojechałem całkiem naokoło przez Białystok – przez co zamiast ok. 50km zrobiłem ich 100, ale cóż, nieważne, grunt, że się udało.


Następny przystanek Choroszcz po drugiej stronie Białegostoku. Miasto stołeczne województwa podlaskiego jest otoczone obwodnicami, więc poszło dość sprawnie, gorzej, że wpadłem na genialny pomysł nie wracać do Białegostoku tylko jechać dalej po znakach, na pewno bez nawigacji równie sprawnie odnajdę się w terenie i dojadę sobie bezstresowo do domu. Z jednej strony miałem dzięki temu przyjemną wycieczkę przez kawał województwa, z drugiej strony benzyna nie rośnie na drzewach, a ja wylądowałem najpierw w Zambrowie, a potem w Wysokim Mazowieckiem, czyli że tak powiem, zupełnie nie tam gdzie trzeba. Inna sprawa, że spora część województwa podlaskiego to obecnie jeden wielki plac budowy w związku z budową drogi ekspresowej S19, także podróż obfitowała w takie niespodzianki jak ruch wahadłowy i to wielokrotnie. Z ulgą odetchnąłem jak już przekraczałem Bug przez gminę Nur, bo to już znajome okolice, ale za to jak chciałem sobie pojechać skrótem do Węgrowa w Kosowie Lackim z pominięciem Sokołowa Podlaskiego to jakimś cudem wylądowałem na wertepach w lesie, a przecież jeździłem tamtędy nieraz i myślałem, że dobrze znam tę okolicę. Czekała mnie droga wstydu z powrotem do Kosowa i już grzecznie na Sokołów bez żadnych awangard po drodze. I tak, późniejszym popołudniem wylądowałem w domu. Od poniedziałku do czwartku nawinąłem 453 kilometry, a łącznie z piątkiem 864.

Nie poruszyłem jeszcze tematu wyżywienia: podczas poniedziałkowego spaceru zobaczywszy kilka restauracji z lokalnymi specjałami postanowiłem sobie każdego dnia zaliczyć po jednej i sprawdzić jak się one prezentują – właściwie wszystkie w jakich byłem są godne polecenia, więc nie będę się rozpisywał o każdej z osobna. Z lokalnych specjałów pozycje obowiązkowe to kartacze, babka ziemniaczana, zupa solianka, czy kibiny z barszczem czerwonym, chociaż warto też popróbować lokalnych pierogów z farszem z dziczyzny, a do picia kwas chlebowy, oraz buza – lokalny odpowiednik oranżady zrobiony, uwaga, z fermentowanej kaszy jaglanej. Nie brzmi zbyt apetycznie, ale jest naprawdę dobre – praktycznie każda restauracja ma ten napój na stanie.

A Polonez? Dojechał na miejsce, wrócił, ilość awarii wyniosła tyle co zawsze w tym egzemplarzu, czyli zero. Moja godność od tego też nie ucierpiała, jedynie prawa noga od patologicznej pozycji za kierownicą.
Co do gratów to nie było ich zbyt wiele po drodze – potwierdza się stara prawda, że o starsze wozy łatwiej w miastach, niż na prowincji, gdzie są to po prostu narzędzia do pracy, które wymienia się gdy się zużyją.



A i na marginesie: na miejscu korzystałem z usług domku noclegowego Olsik na obrzeżach Białowieży przy ulicy Łowieckiej – polecam, przyzwoite pokoje, przyzwoici gospodarze, BARDZO przyzwoite śniadania.

