Wpis dedykowany pamięci Ivana „Piko” Stančicia
Uwaga. Poniższy wpis zawiera bardzo dużo dobrej muzyki wartej przesłuchania przez każdego, ale też zaskakująco mało Gorana Bregovicia, którego twórczość jest jednak w Polsce w miarę powszechnie znana. A, no i turbofolku lat 90. też nie będzie.
Swego czasu odczuwałem przesyt zachodniej muzyki w życiu prywatnym i mediach, a o polskim rocku byłem przekonany że nie ma on już dla mnie tajemnic (jaki ja byłem naiwny w tym przekonaniu) i postanowiłem zagłębić się w zupełnie nowe dla mnie rejony muzyczne. Spośród słowiańskich brzmień największą popularnością wśród gawiedzi widzę, że cieszy się radziecki zespół Kino, a że ja jestem mocnym rusofobem, to postanowiłem pójść w nieco innym kierunku. Jako, że sporo wtedy czytałem o motoryzacji byłej Jugosławii i w tamtym mniej więcej czasie trafiłem na piosenki serbskiego duetu Max & Intro, wybór był dla mnie oczywisty. Co mogę powiedzieć kilka lat później przesłuchawszy multum nagrań z tamtych stron? Jugosławia to prawdziwy skarbiec dobrej muzyki, którego zgłębienie polecam każdemu!
Muzyka z tego kraju jest prawdziwie unikatowa na tle pozostałych krajów socjalistycznych dzięki niezależności od ZSRR i bardziej liberalnemu podejściu do twórczości młodzieży, oraz szerszemu otwarciu na zachód. Efekty? Bardzo duży wybór wśród dobrych i bardzo dobrych płyt w różnych gatunkach, no i szybka ekspansja nowej muzyki zza Żelaznej Kurtyny w przeciwieństwie do takiej Polski, która zawsze zaliczała kilkuletnie opóźnienia, albo Czechosłowacji, która pierwszych oficjalnie wydanych punkowych płyt doczekała się chyba dopiero po upadku komuny. W dodatku artyści jugosłowiańscy często zachowywali w swojej muzyce tę charakterystyczną bałkańską, czy słowiańską nutę, dzięki czemu nawet w hard rocku, czy heavy metalu słychać, że to nasi, a nie żadni Niemcy, czy Brytyjczycy.

Oczywiście dobrym pomysłem na zapoznanie się z tamtymi klimatami są płyty polskich artystów zawierające muzykę bałkańską, szczególnie „Kayah & Bregović” uznawana do dziś za jedną z najlepszych polskich płyt w historii, oraz „Yugoton”, na którym hołd tamtejszej muzyce składają tacy artyści jak Kazik, czy Kasia Nosowska. Yugopolisy już nie mają takiej siły rażenia, zwłaszcza, że pierwszy „Yugopolis” zawiera muzykę tylko i wyłącznie jednego zespołu – chorwackiego Parni Valjak, zdecydowanie bardziej godna polecenia jest wspólna płyta Bregovicia z Krawczykiem „Daj mi drugie życie”.

Postanowiłem zaprezentować tutaj 10 różnych płyt z lat 1980-89 reprezentujących różne odcienie muzyki popularnej, oczywiście jest to głównie rock w różnych wydaniach, ale nie zabraknie też trochę popu o elektronicznym zabarwieniu.
- Ekatarina Velika – Ljubav (1987)

Na początku był „Paket Aranžman”, czyli płyta z 1981 kompilująca nagrania trzech obiecujących grup z Belgradu grających w stylu „new wave”. Wśród tych trzech grup było „Šarlo Akrobata”, czyli trio, w którym grał i śpiewał Milan Mladenović. Po nagraniu jednego albumu o charakterystycznym, surowym i nerwowym brzmieniu zabarwionym elementami ska, kapela się rozpadła, a na jej gruzach powstały zespoły Disciplina Kičme oraz Katarina II założona przez Mladenovicia, która wkrótce wyewoluowała w zespół Ekatarina Velika (często skracane do „EKV”). Milan poprowadził swoją kapelę ku nowocześniejszym, bardziej alternatywnym brzmieniom powiększając instrumentarium o m.in. klawisze, co w połączeniu z przebojowym materiałem zaowocowało zawrotną karierą na terenie całej Jugosławii i statusem legendy na całych Bałkanach nie przygasającym aż do dziś. Po nagraniu dwóch płyt pod tym szyldem wykrystalizował się najsłynniejszy jej skład, który latem 1987 wszedł do studia aby nagrać album „Ljubav” (Miłość). Całość jest spójna stylistycznie, brzmienie jest nie do pomylenia z jakimkolwiek innym artystą, a jednocześnie nie ma tu nudy, czy monotonii dzięki różnorodności akordów, tempa, czy klimatu poszczególnych utworów. Wisienką na torcie jest tu ponad 6-minutowa ballada „7 dana” (7 dni) kończąca stronę A oryginalnego wydania, która swoim tempem się rozkręca od spokojnej partii na syntezatorze, przez wejście perkusji, basu, wokalu Milana, aż po świetne, kulminacyjne solo na gitarze. I nie jest to bynajmniej powolny utwór – „zamulaczy” to nie ma.
Sam zespół istniał jeszcze do lat 90. nagrywając kolejne trzy płyty, a kariera grupy zakończyła się w 1994 roku, gdy Milana Mladenovicia zaczął toczyć rak trzustki, co doprowadziło do jego śmierci 5 listopada 1994. Z pozostałych członków najbardziej klasycznego składu do dziś żyje jedynie perkusista Srđan „Žika” Todorović, który w latach 90. zakończył muzyczną karierę idąc w ślady swego ojca, który był aktorem. Wystąpił między innymi w filmach Emira Kusturicy („Underground”, „Czarny kot, biały kot” – zwłaszcza w tym drugim jego gra potrafiła oczarować widza), czy w niesławnym „Srpskim Filmie”.
2. Električni Orgazam – Električni Orgazam (1981)

Płyta-Pomnik. Jedno z pierwszych i największych osiągnięć jugosłowiańskiej nowej fali rocka lat 80. Słuchacze mieli szansę już zapoznać się z twórczością tej grupy dzięki wspomnianej wcześniej składance „Paket Aranžman”, jednak dopiero tutaj zespół miał możliwość zaprezentowania pełnego wachlarza swoich pomysłów i możliwości. Słychać wpływy punkowej ekspresji, ale także inspirację rockmanami z zachodu z różnych epok, w szczególności nastrojowość The Doors, czy energię spod znaku XTC (przesłuchajcie sobie utwór „Radios In Motion” – ekipa z Belgradu musiała uwielbiać debiutancką płytę Brytyjczyków). Już od pierwszych powolnych dźwięków syntezatora, do których dołącza „mechaniczna” perkusja i bas, muzyka intryguje, a gdy dołącza nieco zdehumanizowany śpiew Srđana „Gile” Gojkovicia wykrzykującego wersy o elektrycznych damach z fabryki głupoty oferujących elektryczny orgazm, słuchacz jest niczym rażony piorunem – zaiste klimat tego krążka jest niepodrabialny i angażujący jak mało który. Później następuje zmiana tempa – szybki, punkowy „Konobar” (Kelner), czyli pierwszy wielki hit zespołu z charakterystycznym refrenem śpiewanym przez Ljubomira „Ljubę” Đukicia „Konobar nas mrzi – Waiter doesn’t like us”. Następny w kolejce to numer „Krokodili dolaze” (Krokodyle nadchodzą) – utwór, którym grupa postanowiła się przedstawić publiczności na „Paket Aranžmanie” tutaj w nowej, mniej surowo brzmiącej wersji. Klimat wykreowany przez te trzy pierwsze utwory będzie nam towarzyszył przez cały album – nerwowy wokal, klawisze brzmiące niczym spod ręki Raya Manzarka, punkowa gitara, sprawna sekcja rytmiczna, no i te pogłosy nadające całości przestrzeni niczym z koncertu zagranego w dużej sali. I tak aż do momentu kulminacyjnego, wielkiego finału, czyli monumentalnego utworu „Nebo” (Niebo) z długą solówką na klawiszach i tekstem: „Moje niebo opletli drutem/Po moim mózgu rysują schematy/Chcą kolejnej swojej kopii/By nią przywrócić minione czasy/Ale nie oddam swoich ideałów/I będę jadł sny zamiast chleba/Ja swoje szczęście niosę ze sobą/Ono jest kromką wolnego nieba!” (tłum. Grzegorz Brzozowicz – swoją drogą za jego inicjatywą Električni Orgazam wystąpił w Polsce w 1981 roku).
Zaiste legendarna płyta legendarnej grupy – niestety ona sama nigdy już nie nagrała niczego podobnego: po narkotyczno-chaotycznym „Lišće prekriva Lizabon” (Liście pokrywające Lizbonę) oraz nikomu niepotrzebnym cover-albumie „Les Chansons Populaires” kapela w swoim pierwotnym newwave’owym wcieleniu nagrała jeszcze jedną świetną płytę „Kako bubanj kaže” (Jak mówi bęben), po czym zrobiła zwrot w kierunku klasycznego rock’n’rolla, który uprawia do dziś. Jedynym członkiem, który gra w zespole od samego początku do tej pory jest Gile (gitara, śpiew), z pierwszego składu do dziś również występuje Ljuba (klawisze, śpiew), jednak on wrócił do grupy po 20-letniej przerwie w 2004 roku, największym ich zaś hitem pozostaje szlagier z 1988 roku „Igra rok en rol cela Jugoslavija” (Tańczy rock’n’roll cała Jugosławia).
3. Denis & Denis – Čuvaj Se! (1984)

Czas nieco zmienić klimat i zaprezentować bardziej komercyjne brzmienie tamtych lat – nie sposób stworzyć listę płyt z lat 80. nie zahaczając o synth-pop. Jedną z najsłynniejszych i najbardziej modnych grup z tego gatunku na terenie Jugosławii był chorwacki Denis & Denis – duet stworzony przez Davora Tolję (klawisze, śpiew) i Marinę Perazić (śpiew). Już pierwsze ich nagrania okazały się hitami, więc nagranie debiutanckiego albumu było tylko kwestią czasu, a ujrzał on światło dzienne w orwellowskim 1984 roku. Już od pierwszych dźwięków numeru tytułowego, czyli „Čuvaj Se!” (Uważaj na siebie!) noga zaczyna odruchowo podrygiwać dobitnie udowadniając, że piosenki z tej płyty idealnie będą nadawać się na parkiet. Nie ma tu zresztą żadnych smutnych utworów, czy podniosłych ballad – jest to płyta typowo imprezowa, co udowadnia na każdym kroku kolejnymi wpadającymi w ucho melodiami od nastrojowego „Telefonu”, przez przypominające dokonania New Order „Ti i ja” (Ty i ja”), aż po największy przebój albumu, czyli „Program tvog kompjutera” (Program twojego komputera). Płyta zaczyna nieco zwalniać pod koniec, no ale cóż, na każdej prywatce przydaje się od czasu do czasu puścić coś do wolniejszego tańca, a „Sačuvaj nešto” (Coś zachowaj) idealnie się do tego nadaje.
Szczyt popularności duetu trwał do 1986 roku, w jego trakcie udało się wydać jeszcze album „Ja sam lažljiva” (Jestem zakłamana) z kolejnym wielkim hitem „Soba 23” (Pokój nr. 23). W międzyczasie prasa chętnie nazywała Marinę symbolem seksu (czytelnicy magazynu „Rock” nawet oficjalnie przyznali jej tytuł Najseksowniejszej Artystki Jugosławii, oraz przy okazji Wokalistki Roku 1985) a po jej odejściu Davor wydał pod szyldem Denis & Denis we współpracy z Edim Kraljiciem jeszcze jeden album „Budi tu” (Bądź tu) w 1988 roku, który był stylistycznym zwrotem w kierunku pop rocka, ale to był raczej łabędzi śpiew tego przedsięwzięcia. Po zakończeniu działalności w 1988 roku Denis & Denis powrócili dopiero w roku 2012.
4. Leb i Sol – Kao Kakao (1987)

Jeśli Twój ulubiony artysta grający ambitniejszą muzykę zapowiada zwrot ku bardziej komercyjnym brzmieniom to trzeba liczyć się z tym, że może się to zakończyć sromotną porażką. Boleśnie swego czasu przekonali się o tym wyznawcy progrockowego brytyjskiego tria Emerson, Lake & Palmer – podobnego rozczarowania na szczęście nie zgotował swoim fanom Macedończyk Vlatko Stefanovski, gdy w 1987 roku zaprezentował najnowszy album swojej grupy Leb i Sol. Zespół ten dotychczas był znany z jazzrockowych brzmień przeplatanych rytmami etno, długich instrumentalnych kompozycji z wirtuozerskimi solówkami na gitarze i tym podobnych przeżyć muzycznych. Na omawianej zaś płycie słuchacza zastaje muzyka mniej niszowa, co nie znaczy, że gorsza. Od samego początku dostajemy niezłego energetycznego kopa przy utworze „Mamurni ljudi” (Skacowani ludzie), gdzie na powitanie wchodzi rytm na cztery z otwierającym riffem idącym unisono na basie i dęciakach i już jesteśmy w tym muzycznym rockowym świecie. Vlatko oczywiście nadal pamięta jak obchodzić się z gitarą, więc dostajemy w środku utworu soczyste solo, ale całość jest przede wszystkim przebojowa i łatwo wchodzi w ucho. Nie mniej chwytliwy jest wolniejszy utwór tytułowy, czyli „Kao kakao” (Jak kakao). Płyta zresztą mieni się różnorodnością tematów muzycznych: jest więc i nastrojowo-balladowo w „Femme Fatale”, szybko i żywo w „Kriza tridestih” (Kryzys po trzydziestce), klasycznie rockowo w Autoput (piosenka o najważniejszej drodze w Jugosławii idącej od granicy austriackiej aż do Grecji), nie zabrakło też etno-połamańca rytmicznego w piosence o macedońskiej stolicy „Skopje”. Na finał dostajemy zaś niezwykle emocjonującą balladę „Čekam kišu” (Czekam na deszcz) rozpoczynającą się od sielskiej wręcz melodii granej na drewnianych dęciakach, przy zamkniętych oczach można sobie przy niej wyobrazić lato na wsi w idealnie słonecznym dniu, ale zaraz wchodzi reszta zespołu i sielski nastrój znika pod wpływem burzy dźwięków i refrenu „Czekam na deszcz, który na zaleje/Grzechy nasze wszystkie zmyje/Czekam aż niebo nad nami się zmiłuje”.
Oprócz różnorodnego brzmienia i przebojowości naznaczonej jazzowo-etnicznym doświadczeniem artystów, uwagę zwraca brzmienie. Mocne, monumentalne, czyste. Przy czym moim zdaniem najlepiej słychać to w piosence „Čuvam noć od budnih” (Strzegę nocy przed przebudzeniem). Aż do 2008 roku był to przedostatni album grupy, która w 1989 nagrała jeszcze płytę „Putujemo” (Podróżujemy), żeby w 1995 roku rozpaść się na 11 lat.
5. Prljavo Kazalište – Crno Bijeli Svijet (1980)

„Na imię mam Davorin Bogović, a to wszystko wokół mnie to czarno-biały świat.” Od takiego oto zdania rozpoczyna się chyba najbardziej znana i uwielbiana płyta chorwackiej grupy Prljavo Kazalište, na której panowie zaprezentowali jedne z pierwszych nowofalowych nagrań w Jugosławii, na rok przed eksplozją popularności owego gatunku w kraju. Dla purystycznych fanów mógł to być szok, gdyż poprzedni, debiutancki album grupy nazwany po prostu „Prljavo Kazalište” (Brudny teatr) to była solidna porcja czystego punk rocka zarówno muzycznie, jak i tekstowo – zresztą zespół ten wraz z inna chorwacką grupą Paraf uchodzą za jednych z najważniejszych punkowych pionierów na Bałkanach. Tutaj mamy zaś odloty w kierunku ska, jak w piosence tytułowej, czy połączenia rocka z reggae spod znaku The Police, godnie reprezentowane w kawałku „Neka te ništa ne brine” (Niczym się nie martw). Chociaż z drugiej strony wciąż słychać, że jest to grupa, która nie zaczynała od skomplikowanych form muzycznych, a teksty nadal pozostały dość przyziemne i proste, jak w piosence „Moderna djevojka” (Współczesna dziewczyna) o dziewczynie pracującej w fabryce, która pragnie rzucić swoje dotychczasowe życie, chociaż trzeba przyznać, że dużo więcej tu beztroski, jak w piosence „17 ti je godina tek” (Masz tylko 17 lat), gdzie nieznana adresatka dowiaduje się, że niczym się nie musi przyjmować: „Przed tobą całe życie/Przed tobą całe stulecia/Masz tylko 17 lat”, czy w finałowym „Mi plešemo” (Tańczymy), którego podmiot liryczny jest młody, nie ma pieniędzy, ale bawi się, tańczy cały dzień i noc. Płyta do dziś cieszy się kultem w krajach byłej Jugosławii, nie tylko w chorwackiej części byłej socjalistycznej republiki – widać ta prostota brzmienia i manifestacja młodości zawarta w tekstach są odporne na upływ czasu.
Zespół Prljavo Kazalište w następnych latach jeszcze nieraz zaskakiwał publiczność zmianami brzmienia: następne płyty to porzucenie stylistyki ska, czy new wave na rzecz bardziej klasycznie rockowych rytmów, czego najlepszym dowodem jest krążek „Zlatne Godine” (Złote lata) z 1985 roku. Zespół pozostaje aktywny aż do dziś bez żadnych przerw po drodze, ostatnim jego albumem z nowymi piosenkami jest płyta „Možda Dogodine” (Może za rok) z 2012 roku, chociaż od 2023 roku wskutek sporu między dwoma liderami istnieją dwie grupy Prljavo Kazalište – podobnie jak swego czasu w Polsce istniały dwa zespoły TSA, czy De Mono.
6. Bajaga i Instruktori – Sa Druge Strane Jastuka (1985)

Bodaj najbardziej różnorodna gatunkowo płyta w tym zestawieniu. Momčilo „Bajaga” Bajagić swobodnie lawiruje między różnymi stylami muzycznymi razem ze swoimi towarzyszami. Mamy tu więc klasyczne rockowe granie na cztery czwarte w „220″, trochę bujającego reggae w „Nemoj da budeš nja nja” (Nie narzekaj), jest nawet stylowe jazzowanie okraszone dęciakami i kontrabasem w „Dobro jutro, džezeri” (Dzień dobry, jazzmani), no i dyskotekowy funk w „Dvadeseti vek” (Dwudziesty wiek) – jest czego słuchać i nie idzie się znudzić. Nie brakuje tu nawet ukłonów w stronę nowoczesnych brzmień spod znaku Billy’ego Idola jak w „Ti se ljubiš na tako dobar način” (Ty tak dobrze potrafisz całować).
Sam Bajaga nagrywając ten album miał już za sobą kilka lat kariery w odnoszącej ogromne sukcesy grupie Riblja Čorba (dość powiedzieć, że ich płyta „Mrtva Priroda” (Martwa Przyroda) z 1982 roku rozeszła się w nakładzie 100 tys. kopii w zaledwie trzy tygodnie stając się najszybciej sprzedającym się albumem w historii Jugosławii), jednak nie pasując do końca stylistycznie do tej kapeli postanowił pójść swoją drogą montując grupę Instruktori i dalej tworzyć przeboje na własny rachunek – kilka jego piosenek zrobiło nawet karierę w Polsce dzięki Krzysztofowi Krawczykowi („Mój przyjacielu” to cover „Moji drugovi”), czy Yugopolis („Ostatnia nocka”, czyli „Verujem – Ne verujem”).
7. Beograd – Remek Depo (1983)

Był wesoło-taneczny synthpop w wykonaniu duetu Denis & Denis, a więc teraz czas na nieco bardziej ponurą elektronikę spod znaku Kraftwerk, czy wczesnego The Human League. Wydawnictwa tych zespołów wywołały trzęsienie ziemi wszędzie, gdzie tylko się pojawiły rewolucjonizując podejście do muzyki i syntezatorów, więc logicznym było pojawienie się i w Jugosławii projektu muzycznego idącego w ich ślady. Jednak zespół Beograd nie szedł w ślepe naśladownictwo rezygnując całkowicie z tradycyjnych instrumentów, dzięki czemu elektroniczne brzmienie zostaje wzbogacone m.in. saksofonem, który wpasowuje się w charakter całości nadzwyczaj dobrze. Mimo wszystko płyta jest jednak zdominowana zimnym, zdehumanizowanym klimatem dzięki sprawdzonym patentom Wielkiej Czwórki z Düsseldorfu: prosty rytm, minimalistyczne melodie, dużo powtórzeń zarówno w podkładzie, jak i śpiewie, no i sam śpiew pozbawiony zbędnych ozdobników, zachowując jednak piosenkowy charakter całości. Również teksty są adekwatne do brzmienia całości, co widać po samych tytułach jak „Opasne igre” (Niebezpieczne gry), „Mrak” (Mrok), czy „Kontrolori” (Kontrolerzy). Materiał jest jednak bardziej różnorodny niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka: od czasu do czasu pobrzmiewa kobiecy śpiew w tle, wspomniane już dęciaki w wykonaniu doświadczonych muzyków – saksofonisty Paula Pignona, czy jazzowego trębacza Stjepka Guta, a i same kompozycje potrafią zaskakiwać, jak orientalny instrumental „Japan (Made In East)” przypominający trochę dokonania japońskiego tria Yellow Magic Orchestra, czy eksperymentalny „Soba” (Pokój), niemal pozbawiony muzyki. Większość kompozycji nie jest też długa – większość trwa 2,5-3,5 minuty, wyjątkiem jest przede wszystkim zamykający całość 6-minutowy utwór „Beg” (Burza) ze stylową, jazzującą linią basu, pianinem pobrzmiewającym gdzieś w tle, no i odgłosami tytułowej burzy puentującymi cały, trwający niespełna pół godziny, album.
Płyta „Remek Depo” (nieprzetłumaczalna gra słów – „remek delo” oznacza „arcydzieło”, a „depo” to „magazyn”) została bardzo ciepło przyjęta przez publiczność, co jednak nie zapobiegło rozpadowi grupy, jednak jej członkowie nie zginęli w tłumie współpracując z innymi znanymi artystami ówczesnej jugosłowiańskiej sceny rockowej i popowej. Dejan Stanisavljević, wokalista i współautor większości muzyki i tekstów na płycie pojawił się w 1983 roku w głośnym i osobliwym zespole Du-Du-A, bracia Ljubodrag (klawisze) i Milan Bubalo (obsługa automatu perkusyjnego) założyli później jeszcze synthpopowy efemeryczny zespół Haj’mo (Chodźmy), oraz pracowali z takimi zespołami jak U Škripcu, Laki Pingvini, wspomagali również jedną z najsłynniejszych ówczesnych jugosłowiańskich piosenkarek Danę Šarić, znaną lepiej jako Bebi Dol.
8. Divlje Jagode – Konji (1988)

To nie jest album uchodzący wśród fanów i znawców grupy za jego opus magnum, jednak na niego chciałem zwrócić Waszą uwagę dlatego, że po prostu bardzo lubię brzmienie tej płyty i uważam, że niczego jej nie brakuje, ale po kolei. Dla założonego przez pochodzącego z Bośni Seada „Zele” Lipovačę w 1977 roku zespołu Divlje Jagode jest to już 6. płyta studyjna, nagrana po kilku zmianach personalnych oraz jednej próbie podboju zachodnich rynków, byli to więc już uznani weterani hard rocka i heavy metalu. Co więc panowie nam zaprezentowali na tej płycie? Przede wszystkim po raz pierwszy od 1978 mamy w zespole do czynienia z klawiszami, zarówno nowoczesnymi syntezatorami, jak i klasycznymi organami. I nie są to organy w stylu „Rock the night” zespołu Europe, że zespół tnie soczystego hard rocka, a hammondy gdzieś sobie grają w tle pojedyncze akordy żeby tylko ułagodzić całość, tutaj organy faktycznie stoją na równi z pozostałymi instrumentami i mają równie wiele do powiedzenia, dzięki czemu całość przypomina nieco dokonania Deep Purple zarówno te klasyczne z lat 70., jak i ówczesne nowości z płyty „Perfect Strangers”. Co jeszcze tu mamy? Muzycznie jest to klasyczny zestaw utworów, jakich możemy się spodziewać po artystach z tamtych lat sygnowanych jako hard rock/heavy metal: jest więc szybki galop w tytułowym, otwierającym płytę utworze „Konji” (Konie), jest balladowo dzięki przypominającej nieco Scorpionsów pieśni „Zauvijek tvoj” (Na zawsze twój), są i nawiązania do muzyki klasycznej we współczesnej interpretacji mozartowej kompozycji „Rondo Alla Turca” nazwanej po prostu „Turski marš” (Marsz turecki). Pewnymi pozostałościami po próbie podboju zachodu jest wspomnienie z pobytu w Wielkiej Brytanii, czyli wściekły „London” (Londyn), oraz rockandrollowe „I want your love” zaśpiewane wyjątkowo po angielsku, całość zaś wieńczy nowa wersja piosenki otwierającej debiutancki album grupy z 1978, nazwana tak samo jak sama grupa, czyli „Divlje jagode” (Dzikie truskawki) – remake należący do udanych dzięki odważniejszemu i nowocześniejszemu, bardziej odpornemu na upływ czasu, brzmieniu.
1990 rok przyniósł rozpad zespołu, który odrodził się niczym feniks z popiołów w roku 1994 i nie zwalnia od tamtej pory tempa grając trasy po Europie i wydając kolejne płyty, z czego najnowsza „Prati moje stare tragove” (Podążaj moimi starymi śladami) to świeżynka z roku 2024. Dla purystów zaś zawsze najbardziej świętymi pozostają płyty z czasów, gdy Divlje Jagode było triem, czyli albumy „Motori” (Motory) z 1982, oraz „Čarobnjaci” (Czarownicy) z 1983 roku – obie również polecam przesłuchać.
Nie muszę chyba przypominać, że nagrań tego zespołu należy słuchać głośno, lub bardzo głośno. 🙂
9. Psihomodo Pop – Godina Zmaja (1988)

Uprawianie klasycznego rock’n’rolla może łatwo prowadzić do zatracenia się w brzmieniu lat 60. do tego stopnia, że piosenki zaczynają brzmieć jak wyjęte żywcem z prywatki dla starszych osób. Sztuką jest umieć brać wszystko co najlepsze z tamtej epoki nie tracąc własnego stylu oraz kontaktu z własną rzeczywistością (zwłaszcza gdy żyje się w epoce naznaczonej punkiem i new wave) – u nas do perfekcji opanował to Oddział Zamknięty doby Jaryczewskiego, a w Jugosławii Psihomodo Pop. Długo panowie kazali swojej publiczności czekać na swój debiutancki album, bo aż do samej końcówki lat 80. rozpoczynając swoją działalność już w 1982 roku, gdy jednak w końcu pod strzechy trafiła płyta „Godina Zmaja” (Rok smoka)… Już sama okładka daje znać jak mało która z jaką muzyką będziemy mieli do czynienia: front nawiązujący do debiutu The Rolling Stones i tył ukazujący lidera grupy, Davora Gobaca leżącego w wannie podpisanej „Rocking Ramona”, czytającego komiks trzymany do góry nogami – będzie dużo dobrego grania i dużo humoru, czego kwintesencją jest rozpoczynający stronę B oryginalnego wydania hit zespołu pod wszystko mówiącym tytułem „Ja volim samo sebe” (Ja kocham tylko siebie). Inspiracji dla brzmienia grupy jest zresztą więcej niż sami Stonesi i sami muzycy przyznają się do tego bez bicia serwując covery takich artystów jak The Velvet Underground, Ramones, czy T.Rex. Dominują jednak kompozycje własne charakteryzujące się dopracowanym brzmieniem zespołu oraz charakterystycznym, zadziornym głosem Gobaca, który brzmi jakby idealnie się nadawał do dubbingowania maskotki grupy, którą jest komiksowy ptak z cygarem, wybitym zębem i czapką-pilotką. Na szczęście nie jest to też barwa głosu Jarka Janiszewskiego z Bielizny i Czarno-Czarnych, więc nietrudno się z nim oswoić. Nie przepadam za określeniami typu „piosenki brzmią świeżo nawet po latach” zwłaszcza, że dziennikarze używający takowych potrafią nawiązywanie do tych samych piosenek nazywać retro rockiem, jakby to jednak były starocie, które nadgryzł ząb czasu. Jednak tutaj jestem zmuszony użyć takiego sformułowania – te kawałki do dziś brzmią świeżo i zaraźliwie jak „Nebo” (Niebo) z zaśpiewami przypominającymi nieco nieśmiertelne „Surfin’ Bird”, klasycznie rockowe na cztery „Ja sam” (Jestem), spokojniejsze, bluesowe „Leteći odred” (Latająca drużyna), czy największy hit płyty, nieśmiertelna „Frida”.
Dzięki wydaniu takiej kopalni przebojów i chwytliwych riffów Psihomodo Pop stali się znani i uwielbiani w całej Jugosławii trafiając do pierwszej ligi rodzimego rocka. Z biegiem lat grupa obrosła kultem, który trzyma się jej do dziś. No i do dziś zresztą nieprzerwanie od ponad 40 już lat zespół trwa i pozostaje aktywny zarówno na scenie jak i w studiu: najnowszym jego wydawnictwem jest płyta „Vjerujem u Čuda” (Wierzę w cuda) z 2024 roku.
10. Paraf – Izleti (1981)

Na sam koniec płyta, która jako jedna z pierwszych przeze mnie przesłuchanych płyt z Jugosławii zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie.
Na przełomie lat 70. i 80. wielu młodych punkrockowych wykonawców stało przed dylematem: grać dalej ortodoksyjny punk, czy rozwijać się ku ambitniejszym gatunkom? Wielu pozostało przy swoim pierwotnym brzmieniu grając na koncertach muzykę dla epigonów, ale wielu również postanowiło z biegiem czasu tworzyć muzykę dojrzalszą, bardziej zaangażowaną i rozbudowaną tworząc nowy gatunek w muzyce zwany post-punkiem. Ten sam dylemat mieli punkowi pionierzy z chorwackiej grupy Paraf. Trio to powstało już w 1976 roku stając się pierwszym znanym bałkańskim zespołem grającym nową muzykę pełną prowokacyjnych i niepoprawnych politycznie tekstów, a gdy po wydaniu w 1980 roku debiutanckiej płyty „A dan je tako lijepo počeo” (A tak się pięknie dzień zaczął) formuła zaczęła się wyczerpywać zespół postanowił pójść w nowe rejony muzyczne zainspirowany takimi grupami muzycznymi jak Wire, czy Gang of Four. Efektem było wzbogacenie instrumentarium o syntezator, w dodatku w kreowaniu nowego wizerunku pomogło dołączenie Pavicy „Vim Cola” Mijatović, która przejęła obowiązki wokalne od śpiewającego gitarzysty Valtera Kocijančicia, który właśnie opuścił grupę. Nowe wydawnictwo Parafu, płyta „Izleti” (Wycieczki) zaskoczyła więc publiczność nowoczesnym brzmieniem, ambitniejszą, ale też bardziej ponurą muzyką, zahaczając momentami o awangardę. Szybka, punkowa perkusja, pierwsze dźwięki nowego instrumentu w zespole, kobiecy śpiew i niczym w utworach brytyjskiej grupy OMD instrumentalna przerwa w miejsce refrenu, okraszone zresztą absurdalnym tytułem „Pobuna bubuljica” (Bunt pryszcza) – bardzo dobre rozpoczęcie płyty zwiastującej nowy styl grupy. W następnym utworze „Kao rane trešnje” (Jak wczesne wiśnie) zespół nie zwalnia ukazując jak ważną rolę w nowym brzmieniu zespołu odgrywa syntezator często wychodząc na pierwszy plan grając riffy bądź proste melodie, a czasami po prostu wydaje z siebie pojedynczy, szybko pulsujący dźwięk. Na przykład jak ten rozpoczynający utwór „Javna kupatila” (Publiczne łaźnie), bodaj najbardziej znany z całej płyty, z tekstem stylizowanym na przemówienie partyjnego dygnitarza do narodu „Wesoły narodzie!/Czeka na was koniak!/Czekają na was wasze marzenia!/Więc kibicujcie!” W innym utworze „Ti još nisi” (Ciebie jeszcze nie ma) to klawisze najbardziej tworzą klimat całości początkowo grając wesołą melodię w kontrze do reszty, żeby w refrenie dołączyć do molowego otoczenia. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że reszta zespołu bynajmniej nie próżnuje, co słychać np.: w „Nestašni Đački Izleti” (Niegrzeczne szkolne wycieczki), gdzie pełno jest przejść i zmian melodii, no i ten bas przypominający popisy Petera Hooka z Joy Division. W opozycji do wszystkich utworów z całej płyty jest umieszczony prawie pod sam koniec ponad 6-minutowy monumentalny, gotycki „Tužne uši” (Smutne uszy), którego cały tekst to „Leżę na plecach/płaczę za tobą/a łzy mi spływają do uszu” odśpiewany tylko gdzieś pośrodku tej powolnej, niemal w całości instrumentalnej pozycji. Obie strony oryginalnego wydania kończą się miniaturami muzycznymi, ale nie są to żadne krótkie zagrywki na gitarze, czy inne zaśpiewki. To są miniatury w stylu post-punkowym, tak więc stronę A kończy ponury, niepokojący „Federico u bačvi” (Federico w beczce), gdzie słychać tylko nucenie i znudzony śpiew w towarzystwie ponurej elektronicznej melodii, a stronę B, a zarazem cały album wieńczy awangardowa „Frka” (Kłopoty) – dziwaczny kolaż różnych przytłumionych dźwięków, przetworzonego ludzkiego głosu z puszczonym gdzieś głęboko w tle fragmentem utworu „Mila majku viđu pčela”.
Po albumie „Izleti” Paraf wydał w 1984 roku jeszcze jedną, ostatnią płytę „Zastave” (Sztandary), by w 1986 roku zakończyć działalność powracając tylko w późniejszych latach na pojedyncze imprezy.
Na zakończenie chciałbym namówić wszystkich do samodzielnego zgłębiania jugosłowiańskiej muzyki: ja dałem tu tylko małą próbkę tego wszystkiego, a było jeszcze sporo zespołów i płyt wartych zapoznania, które mógłbym polecić, ale nie chcę się już rozpisywać na grubość całej książki. Składanki z co ciekawszymi utworami młodych wtedy wykonawców, single takich synthpopowych grup jak Data, czy Max & Intro, oraz sporo rzeczy, które dopiero po latach ujrzały światło dzienne jak dokonania grupy Boye z wczesnych lat 80., czy przez lata uznawane za zaginione nagrania świetnej gothrockowej grupy Morbidi i Mnoći.
Nie wspomniałem za to jeszcze ani słowem o najsłynniejszym zespole Jugosławii, czyli Bijelo Dugme, bo jak już nadmieniłem na wstępie: to jest muzyka Gorana Bregovicia, czyli coś co w Polsce już jest stosunkowo powszechnie znane, a poza tym to jest zupełnie oddzielny temat na oddzielny wpis, jest co opisywać i jest tego dużo. Może kiedyś coś…


O takie artykuły nic nie robiłem. Świetne, kompleksowe zestawienie. Faktycznie, sporo tu smaczków muzycznych.